ST 5 (85)/2014 25 lat wolności – Piekarnia zamknięta, wojna jest!

Andrzej Przywoźny i Waldemar Sobczak (z prawej) wspominają czasy „Solidarności” w tłuszczańskiej lokomotywowni

Andrzej Przywoźny i Waldemar Sobczak (z prawej) wspominają czasy „Solidarności” w tłuszczańskiej lokomotywowni

- Pamiętam, jak jeździliśmy na msze odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Przywoziłem ulotki, rozrzucałem po pociągach, po lokomotywowni. Pamiętam, że jeden z komunistów straszył: zobaczysz, będziesz siedział! – Specjalnie dla Czytelników i Czytelniczek „Stacji Tłuszcz”, czasy „Solidarności”, stanu wojennego i wyborów czerwcowych wspominają Waldemar Sobczak i Andrzej Przywoźny.

 

Jakie były początki „Solidarności” w tłuszczańskiej lokomotywowni?

Waldemar Sobczak: W lipcu 1980 r. w Lokomotywowni PKP Lublin rozpoczął się strajk kolejarzy, który w kolejnych dniach objął cały węzeł kolejowy w Lublinie. Po licznych protestach kolejarzy w całym kraju, również w PKP Lokomotywowni Tłuszcz pod koniec roku powstała komisja założycielska Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”. W wyniku wyborów wyłoniono władze powstałego związku. Pierwszym Przewodniczącym został wybrany pracownik drużyn trakcyjnych – maszynista śp. Czesław Długołęcki. W tym czasie załoga liczyła około 500 osób – i wiele z nich poczuło powiew możliwości zmian ustrojowo-gospodarczych. Nowo utworzona organizacja związkowa przedstawiła kierownictwu zakładu swoje postulaty dotyczące kwestii ekonomicznych i socjalnych. Związek poparł również postulaty o charakterze politycznym. Działalność pierwszego Przewodniczącego NSZZ „Solidarność” trwała tylko 6 miesięcy, ponieważ na początku II kwartału 1981 r. nagle umarł. Nowym przewodniczącym zostaje wybrany pracownik warsztatów napraw lokomotyw – Jerzy Białek, który kontynuuje rozpoczęte dzieło budowy organizacji związkowej do ogłoszenia stanu wojennego i delegalizacji NSZZ „Solidarność”. W nocy z 12 na 13 grudnia zaczęły się masowe aresztowania wielu działaczy związkowych, ale nie przypominam sobie, aby z terenu Tłuszcza kogoś internowano. Po wprowadzeniu stanu wojennego część dokumentacji NSZZ „Solidarność” lokomotywowni zarekwirowała państwowa Służba Bezpieczeństwa (SB), a część przekazano drugiemu związkowi zawodowemu w zakładzie.

 

Jak Pan wspomina wprowadzenie stanu wojennego?

WS: Pamiętam dokładnie poranek 13 grudnia 1981 r., u państwa Niegowskich była piekarnia, przyszedłem rano po chleb, a pan Kokoszka, który mieszkał nad sklepem, otworzył okno i krzyknął: „Dzisiaj piekarnia nie będzie czynna? Wojna jest!”. Wtedy się dowiedziałem, że ogłoszono stan wojenny. Pamiętam też taki dramatyczny moment… Pod komisariatem milicji, obok którego mieszkałem (przy ul. Sienkiewicza – przyp. red.), zobaczyłem kilkadziesiąt umundurowanych ormowców z Tłuszcza, ustawionych w dwa rzędy. To był dla mnie ogromny szok, że ci ludzie, których spotykałem na co dzień, są związani ze strukturami milicji! Ten obraz uświadomił mi o olbrzymiej mobilizacji służb milicyjno-wojskowych przeciwko „Solidarności”. Zmobilizowano także wielu rezerwistów do wojska. Do każdej gminy został delegowany wojskowy komisarz oraz przedstawiciel Służby Bezpieczeństwa, których zadaniem była inwigilacja działaczy, którzy przeszli do podziemia. W naszej gminie „wysłannikiem” SB był porucznik Eugeniusz Kućmierz. Była to ważna figura na terenie Tłuszcza. Przez długi czas czułem na plecach jego oddech. W tym okresie działalność „Solidarności” była zakazana, a osoby z nią związane, były na celowniku tajnych służb.

 

– Ważnym elementem naszej działalności były pielgrzymki kolejarzy na Jasną Górę. Czuło się, że poprzez modlitwę u stóp Jasnogórskiej Pani dokonamy czegoś niemożliwego. Były to chwile ogromnej integracji ludzi związanych z „Solidarnością” – podkreślał Waldemar Sobczak

– Ważnym elementem naszej działalności były pielgrzymki kolejarzy na Jasną Górę. Czuło się, że poprzez modlitwę u stóp Jasnogórskiej Pani dokonamy czegoś niemożliwego. Były to chwile ogromnej integracji ludzi związanych z „Solidarnością” – podkreślał Waldemar Sobczak

Działalność, czyli co?

WS: Kolportaż prasy podziemnej, akcje ulotkowe, udział w mszach „Za Ojczyznę”, pielgrzymki na Jasną Górę. Nie będę ukrywał, że w latach 1980-81 nie byłem jeszcze w pierwszym szeregu „Solidarności”. Później w stanie wojennym trzeba się było bardzo pilnować. Obowiązywała godzina milicyjna, trzeba było mieć specjalne przepustki, żeby poruszać się po wyznaczonych godzinach. Na pewno SB bardzo mocno współpracowała w tym okresie z urzędami lokalnymi i swoimi „tajnymi współpracownikami”, których miała też w naszym zakładzie.

Andrzej Przywoźny: Pamiętam, jak jeździliśmy na msze do kościoła na Żoliborzu odprawiane przez ks. Jerzego Popiełuszkę. Przywoziłem ulotki, rozrzucałem po pociągach, po lokomotywowni. Pamiętam jak jeden z czołowych komunistów straszył mnie: „zobaczysz, będziesz siedział”. Ja mu odpowiedziałem: „jak posiedzę, to i mnie wypuszczą…”.

WS: Ważnym elementem naszej działalności były pielgrzymki kolejarzy na Jasną Górę. Czuło się, że poprzez modlitwę u stóp Jasnogórskiej Pani dokonamy czegoś niemożliwego. Były to chwile ogromnej integracji ludzi związanych z „Solidarnością”. Właśnie tam, można było poczuć ducha wolności i nabrać wiary, że ten totalitarny system można złamać. Te wyjazdy dawały nam ogromną motywację i energię do działania.

AP: Pierwszy raz pojechaliśmy w 1984 roku. Pamiętam, że jechało chyba ze 300 osób. Zamawialiśmy pociąg i jechaliśmy razem. My zajmowaliśmy cztery lub pięć wagonów.

WS: Również ważną i istotną częścią tej działalności stymulującym środowiska solidarnościowe w lokomotywowni była w 1986 r. zbiórka funduszy na sztandar. Inicjatorami tego przedsięwzięcia byli: Andrzej Przywoźny, Czesław Dzięcioł , Jan Cymerman i moja skromna osoba. Postanowiliśmy, że warto zrobić coś, co by nas jeszcze bardziej konsolidowało i było naszą wizytówką. W zakładzie był inny sztandar (czerwony), o rodowodzie PZPR.

AP: W sprawie sztandaru wśród pracowników przeprowadziliśmy akcję informacyjną. Zbieraliśmy pieniądze po wypłatach do marca 1988 r., a następnie zleciliśmy wykonanie go pracowni sióstr zakonnych w Poznaniu. W dniu 29 lipca 1988 r. w Kościele Parafialnym w Tłuszczu sztandar został uroczyście wyświęcony przez śp. Biskupa Władysława Miziołka.

 

Czy spotkały Panów jakieś represje w związku z prowadzoną działalnością związkową?

WS: Pamiętam, jak kilka dni po wprowadzeniu stanu wojennego jechałem pociągiem osobowym do Ostrołęki w charakterze maszynisty i na wysokości wiaduktu pomiędzy Goworowem a Przetyczą był na torach położony słup betonowy, w który uderzył pociąg. Zgłosiłem to dyżurnemu ruchu. Po pracy, zaraz po dojściu do domu zjawił się nagle w cywilu człowiek przedstawiający się jako Służba Bezpieczeństwa. Niby nie było to przesłuchanie, ale dał do zrozumienia, w jakim charakterze przybył. Zasugerował, że to mógł być akt sabotażu lub dywersji. Odpowiedziałem, że w mojej ocenie to nie był żaden sabotaż, raczej chuligański wybryk. Później wielokrotnie czułem, że „przedstawiciele tej służby” deptali mi po piętach. W konsekwencji zarejestrowano mnie na początku 1983 roku, jako kandydata na tajnego współpracownika. Próbowali mnie „złamać” przez sześć lat. Nachodzili w domu. Jak urodziło mi się drugie dziecko, żona bardzo przeżywała te wizyty. Prosiła, żebym dał już sobie z tym wszystkim spokój, bała się, że to się może źle się skończyć. W 1985 r. gdy się przeprowadziłem do Wyszkowa, to „przejął” mnie inny esbek. Zauważyłem, że wielokrotnie chodził za mną. Pamiętam, że dostałem też dziwne wezwanie do Wojskowej Komendy Uzupełnień, stawiłem się, rozmawiało ze mną trzech panów, jeden wojskowy, dwóch po cywilnemu. Wyczułem, że rozmowa jest nagrywana. Namawiano mnie na współpracę, a następnie straszono. Zakomunikowali, że chodzi o obronę państwa… Odmówiłem. Po dwóch godzinach bardzo się zdenerwowali. Powiedzieli, że jeśli się nie zgodzę, to będę bardzo często powoływany do rezerwy, że mi mocno uprzykrzą życie.

W 1986 r. gdy podjęliśmy akcję ufundowania sztandaru, SB jeszcze bardziej zintensyfikowało zainteresowanie moją osobą i pozostałymi inicjatorami. Dali mi spokój dopiero w 1988 r., jak później przeczytałem w aktach w Instytutu Pamięci Narodowej: „z powodu stwierdzenia nieprzydatności”. Później IPN – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu w 2006 r. nadała mi status osoby pokrzywdzonej.

– W sprawie sztandaru wśród pracowników przeprowadziliśmy akcję informacyjną. Zbieraliśmy pieniądze po wypłatach do marca 1988 r., a następnie zleciliśmy wykonanie go pracowni sióstr zakonnych w Poznaniu. W dniu 29 lipca 1988 r. w Kościele Parafialnym w Tłuszczu sztandar został uroczyście wyświęcony przez śp. Biskupa Władysława Miziołka – wspomina Andrzej Przywoźny

– W sprawie sztandaru wśród pracowników przeprowadziliśmy akcję informacyjną. Zbieraliśmy pieniądze po wypłatach do marca 1988 r., a następnie zleciliśmy wykonanie go pracowni sióstr zakonnych w Poznaniu. W dniu 29 lipca 1988 r. w Kościele Parafialnym w Tłuszczu sztandar został uroczyście wyświęcony przez śp. Biskupa Władysława Miziołka – wspomina Andrzej Przywoźny

 

W jednym zakładzie byli i członkowie „Solidarności” i PZPR-u. Jakoś musieliście razem pracować…

WS: W najlepszym okresie działalności ruchu związkowego „Solidarność” należało do niego lub identyfikowało się z nim około 10 mln Polaków. Również w okresie systemu totalitarnego do PZPR należała ogromna rzesza ludzi. Nie chciałbym nikogo dyskredytować. Wielu z nich to porządne osoby, które zdecydowały się na ten krok ze względu na trudności życia codziennego. Co innego partyjni aktywiści… Tych trzeba osądzać bez pobłażania! To oni próbowali zdławić ruch społeczny „Solidarność”. Niektórzy współpracowali z SB, donosili na kolegów. Jeżeli były jakiekolwiek preferencje finansowe, nagrody, przydziały mieszkań, to w pierwszej kolejności otrzymywali je członkowie partii, a w szczególności działacze egzekutywy.

AP: W latach 80 jak nosiliśmy w klapie znaczki z Lechem Wałęsą, koledzy w lokomotywowni, zarówno ci z partii, jak i członkowie „Solidarności” dopytywali, co to jest? I zaraz potem mówili: „zdejmij to, bo cię zamkną!”. Pamiętam, jak im się odcinałem, że jak do tej pory mnie nie zamknęli, to już mnie nie zamkną. Jeśli chodzi o zwolenników partii, stan wojenny ich dodatkowo umocnił, mieli tu swoje eldorado. Taki sekretarz partii załatwiał na telefon więcej niż naczelnik gminy. Praktycznie wydawał dyspozycje dla naczelnika. Podobnie członkowie egzekutywy Podstawowej Organizacji Partyjnej w zakładzie, – mimo, że nie pełnili stanowisk kierowniczych, to mieli wpływ na decyzje, naczelnik zakładu musiał się z nimi liczyć. Wielkim świętem dla nich były czyny społeczne, po których niejeden następnego dnia miał trudności z przyjściem na „służbę”. Pamiętam zwłaszcza jednego z nich. Ukończył szkołę zawodową, a później za „zasługi” partia wysłała go na sześć miesięcy na Wieczorowy Uniwersytet Marksistowsko-Leninowski w Katowicach. To dla takich osób w pierwszej kolejności były asygnaty na samochody, mieszkania i inne profity.

 

Świadomie zdecydować się na trudniejszą drogę, nie dać się złamać – skąd u Panów taka postawa?

AP: Ja to mam po ojcu, który był w Armii Krajowej. Zawsze ostrzegał: „Andrzej! Tylko nigdy nie wstępuj do partii!”.

WS: Pewnie człowiek ma to w genach po swoich przodkach… Po powrocie z wojska, zawarciu związku małżeńskiego było mi naprawdę ciężko, ponieważ nie pochodziłem z rodziny zamożnej. Do wszystkiego trzeba było dojść ciężką pracą. Gdy zobaczyłem, jak to wszystko się odbywa –awanse, nagrody, profity głównie do działaczy partyjnych, zaczęło się coś w środku we mnie burzyć. Od samego początku identyfikowałem się z ruchem „Solidarności” i tak jest do dziś. Mocnym bodźcem, który nas wtedy bardzo motywował i ukształtował w duchu chrześcijańsko-patriotycznym były pielgrzymki kolejarskie na Jasną Górę. Była to potężna inspiracja duchowa, ukierunkowana na przemiany demokratyczne.

 

Później przyszła „odwilż” i legalna działalność związkowa znowu była możliwa.

AP: Pamiętam jak w 1986 r. na ścianach w lokomotywowni pojawiały się napisy „REAKTYWOWAĆ SOLIDARNOŚĆ”. Nie wiemy, kto to pisał, ale było to dla nas dodatkową mobilizacją do działania.

WS: Po obradach Okrągłego Stołu i reaktywacji naszego związku, 28 lutego 1989 r. odbyło się w lokomotywowni zebranie organizacyjno-informacyjne NSZZ „Solidarność”. Powołano komitet organizacyjny, w jego skład weszli: Edward Glinka, Roman Kuziak, Jan Pawłowski, Waldemar Sobczak, Stefan Szymborski, Bogdan Trojanek, Bogdan Gołębiewski, Zbigniew Jakubowski, Tadeusz Oleksiak i Mirosław Sawicki. Na zebraniu było obecnych około 100 osób, z czego 50 zgłosiło swój akces przynależności do związku. Wtedy załoga zakładu liczyła ok. 300 osób. 3 marca zgłosiliśmy działalność w Oddziałowej Komisji Wykonawczej NSZZ „Solidarność” w Wołominie. Organizacja związkowa NSZZ „Solidarność” w Lokomotywowni w Tłuszczu otrzymała w regionie Mazowsze nr 134. Byliśmy jednymi z pierwszych.

 

Zbliżamy się powoli do wyborów czerwcowych. Jak doszło do utworzenia Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” na naszym terenie?

WS: W 1985 roku przeprowadziłem się z Tłuszcza do Wyszkowa. W 1989 r. podjęliśmy tam inicjatywę zorganizowania się i przygotowywania się do wyborów 4 czerwca. Zaczęliśmy tworzyć Komitety Obywatelskie „Solidarność”. Wszedłem w skład zarządu komitetu na terenie Wyszkowa. Nasz komitet objął swoim zasięgiem wszystkie pobliskie gminy, aż do Klembowa. Przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego w Wyszkowie został wybrany Jan Rusak. W związku z tym, że byłem pracownikiem Lokomotywowni w Tłuszczu i działaczem „Solidarności”, udzielił mi pełnomocnictwa do założenia komitetu obywatelskiego na terenie Tłuszcza. Pomagało mi wiele osób, m.in. Kazimierz Blusiewicz, Marian Rudnik, Bolesław Dudzik, Andrzej Kopacz, Jan Sękowski i inni. Zaczęliśmy się organizować, powołaliśmy Komitet Obywatelski „Solidarność” w Tłuszczu. Naszym zadaniem było przygotowanie się do wyborów 4 czerwca 1989 r.

Pamiętam, jak spotkaliśmy się na sali widowiskowej w Domu Kultury. Byli tam m.in. Jan Korybczak – sekretarz PZPR i naczelnik gminy Marek Gołaszewski. Nie chcieli uwzględnić naszych kandydatów do komisji wyborczych, a to gwarantowały nam ustalenia Okrągłego Stołu. Napisaliśmy protest do Państwowej Komisji Wyborczej, gdzie przedstawicielem „Solidarności” był Anatol Lawina. W konsekwencji udało nam się doprowadzić do tego, że część naszych ludzi zasiadło w komisjach.

Pamiętam też, że tuż przed wyborami organizowaliśmy maju 1989 r. akcję zbierania pod kościołem podpisów poparcia dla kandydatów. Wtedy proboszczem był ks. dr Jan Gryciuk. Muszę przyznać, że bardzo nam wtedy sprzyjał.

 

Spodziewaliście się Panowie, że po wyborach czerwcowych dojdzie do aż tak radykalnych zmian?

WS: Oczywiście, że nie. Przecież to się działo zaledwie kilka lat po stanie wojennym, który wielu jeszcze miało bardzo wyraźnie w swojej pamięci. Wiedzieliśmy, że coś się może zmienić, ale nie sądziliśmy, że ten system jest aż tak kruchy!

AP: Członkowie partii cały czas, zresztą nawet po 1989 r. czuli się mocni i mieli realny wpływ na wiele spraw.

WS: Niestety, „gruba kreska” premiera Mazowieckiego i układ z Magdalenki spowodowały, że cała postkomuna, wszyscy dygnitarze pezetpeerowcy, bardzo dobrze mają się do dzisiaj. W zasadzie zmieniło się tylko upierzenie… Kiedyś Lech Wałęsa rzucił hasło: „100 milionów dla każdego”, jednak dzisiaj działacze „Solidarności” żyją często w biedzie, a byli członkowie egzekutywy mają się całkiem dobrze, otrzymują wysokie emerytury, zajmują wysokie stanowiska. Źle się stało, że nie przeprowadzono u nas dekomunizacji. Wtedy dziś takie osoby nie mogłyby zajmować stanowisk publicznych. A tak grupa PZPR-owska się uwłaszczyła na państwowym majątku. A dziś – przefarbowani, pod zmienionymi sztandarami, ubiegają się o wiele ważnych funkcji i stanowisk samorządowych i państwowych.

 

Rozmawiali 13 marca 2014 r. Jacek Balcerak i Maciej Puławski

 

Reklama

Dodaj komentarz