ST 5 (85)/2014 Stan wojenny w Tłuszczu oczami siedmiolatka

Dodane w:: Historia,Numer 5 (85) maj 2014,Spotkania z historią |

Gdy wybuchła „wojna”, miałem lat siedem. W niedzielny poranek 13 grudnia obudziła mnie głośna rozmowa rodziców dobiegająca z kuchni. Z telewizora ponury generał mówił coś ważnego, ale ja niewiele z tego rozumiałem. – Stan wojenny?! W mojej małej głowie natychmiast obudziły się przerażające obrazy czołgów jadących przez Tłuszcz. Niemcy? Ruscy? Z kim ta wojna? Wyobraźnia podpowiadała scenariusze znane z telewizora: „Czterej pancerni i pies”, „Kloss”… A teraz taka wojna u nas, dosłownie za rogiem?

Do południa chodziłem od okna do okna spodziewając się, że tę wojnę w końcu zobaczę. Bałem się jej, ale i byłem ciekaw. Żaden czołg nie przyjechał, nikt nie strzelał. Wieczorem ojciec regulował częstotliwości w radiu. – Wszyscy słuchają Wolnej Europy, ale o tym poza domem mówić nie wolno – groził palcem. Należał do partii, ale wiedziałem, że ze wszystkiego na świecie najbardziej nie znosi Ruskich: – Dlaczego musimy się z nimi przyjaźnić? Bo musimy – mówił. – Tato, to z kim ta wojna ma być? Ojciec wahał się i w końcu powiedział: – Synku, sam nie wiem. Na razie wyprowadzili na ulice dużo wojska i policji. Mówią, że to na wszelki wypadek… Nic z tego nie zrozumiałem. Za jakiś czas w centrum Tłuszcza, przed samym pawilonem, stanął czołg. Prawie czołg, bo nie miał lufy. Kolega podsumował: – Dziadostwo. Transporter opancerzony? Rozwali go byle Pantera…

Pamiętam, że był zakaz chodzenia w nocy po mieście, a w dzień pod sklepami ludzie stali w długich kolejkach. Rzucili papierosy do kiosku? W kolejce ustawiali się wszyscy. Niepalący, a nawet dzieci. Za papierosy można było dostać od kogoś np. czekoladę… W 1981 r. w Tłuszczu żadnej wojny nie było. Zobaczyłem ją pół roku później. W wakacje wracaliśmy autokarem z Mazur. Wysadzono nas gdzieś w centrum Warszawy. Na niebie powoli zapadał zmierzch. I wtedy usłyszałem strzały i zobaczyłem na niebie jakieś kolorowe race. Staliśmy na przystanku czekając na tramwaj do Dworca Wileńskiego. W pewnym momencie z bocznej ulicy wybiegła duża grupa ludzi. Chwilę później goniący ich żołnierze (a może milicjanci?). Strzelali, coś się dymiło. Nagle tuż koło przystanku wybuchła „bomba” i zrobiło się duszno. Łzy zaczęły cieknąć nam po twarzach. Pamiętam, że całą rodziną przytuliliśmy się do siebie mocno, bo rodzice starali się nas osłonić. Wreszcie nadjechał tramwaj. Cudem wcisnęliśmy się do środka. Później czekając na peronie na pociąg słyszeliśmy odgłosy tej wojny. Piliśmy wodę z sokiem z saturatora. Zdenerwowana mama płakała. Wcześniej nie, dopiero na tym peronie. Już w pociągu ojciec wyjaśnił nam, co to jest gaz łzawiący. – Jednak jest ta wojna – pomyślałem. Ale nie w Tłuszczu, a w Warszawie. – Tato, ja nigdy nie będę mieszkał w Warszawie!

M.S.

Reklama

Dodaj komentarz