FELIETON: Jednodniowa miłość

Dodane w:: IPM2 III,Numer 43 (luty) 2011 |

Gdy opadła „Żelazna kurtyna”, do Polski stopniowo zaczęły napływać zachodnie zwyczaje. Każde nowe święto wydawało się piękne i lepsze od rodzimych. I tak w latach 90. z Anglii przybyły do nas Walentynki – Święto Zakochanych. Chłonąc jak gąbki wszelkie nowinki, nie zauważyliśmy tandety towarzyszącej temu wydarzeniu. Zadziwiająco szybko przyjęliśmy różne kiczowate cudeńka w kształcie serduszek.

Teraz Walentynki na stałe wpisały się w nasz kalendarz, niczym Boże Narodzenie. Ale no cóż, przynajmniej dzięki temu część kobiet raz do roku „doświadcza” miłości swego partnera. Nie oszukujmy się, ale dla wielu mężczyzn szczytem romantyczności jest kwiatek i świeczka na stole. Przynajmniej 14 lutego mogą się wykazać, przynosząc ogromne bukiety, bombonierki czy maskotki w kształcie serc. Tylko czy to jest to, czego potrzebuje prawdziwa miłość? Spójrzmy, co zrobiła komercja… Jeśli partner nie daje prezentu w tym dniu to znaczy, że nie kocha. Co z tego, że cały rok przytulał, był obok, mówił czułe słówka? Nie pamiętał o Walentynkach? Nie kocha!

Nie obchodzę Walentynek, bo nie chcę nakręcać dalszej komercjalizacji. Ale przyznam się, że rzeczywiście całkiem miło jest coś w tym dniu otrzymać. Nie jestem w stanie zaakceptować podarunków w stylu pluszaków, lizaków i innych sklepowych bzdur. Aczkolwiek uważam, że prezent w postaci napisanych wspomnień lub zdjęcie przypominające piękną chwilę jest jak najbardziej na miejscu. Warto pokazać ukochanej osobie, że ma się trochę finezji i oryginalny pomysł.

Święto to samo w sobie nie jest niczym złym. Razi mnie jedynie komercja, która tak nachalnie temu wydarzeniu towarzyszy. Nie zachęcam do nienawiści i obnoszenia się z niechęcią do tego dnia. Niech każdy robi, co chce, ale pomyśleć też należy. Bo atakujące nas ze sklepowych witryn Walentynki chyba nieco za bardzo wpływają na nasze życie…

  • Ewelina Szewczak

Reklama

Dodaj komentarz