Traktuję widzów jak dobrych znajomych

Dodane w:: IPM2 I,Numer 41 (grudzień) 2010 |

Marcin DaniecZ Marcinem Dańcem rozmawia Iwona Przybysz

Jest Pan artystą z ogromnym doświadczeniem. Grał Pan na wielu scenach. Jakie są Pana odczucia w związku z występem w Tłuszczu?

Pytanie to samo w sobie zmusza mnie do cukrowania, jednak prawdę mówiąc, publiczność była genialna. Jestem pierwszy raz w Tłuszczu, lecz mogę Państwa zapewnić, że nie ostatni. Widzowie cudownie reagowali od Dobry wieczór Państwu… poprzez cały program. Wszyscy świetnie się bawili, bardzo dobrze przyjmowali refleksyjne piosenki następujące po śmiesznych monologach, a po „Dobranoc Państwu” nikomu nie chciało się iść do domu. To jest nie do wymyślenia, wyreżyserowania czy kupienia.
Nigdy nie dzieliłem publiczności na A, B czy C i dobrze na tym wyszedłem. Dzisiejsze reakcje nie były inne, ani gorsze niż te widzów Teatru Komedia w Warszawie, Teatru Muzycznego w Łodzi czy Filharmonii w Krakowie. Fantastycznie się tu czuję. A poza tym… Zarówno pokój, jak i garderoba są tu większe niż w niektórych teatrach muzycznych.

Wspomniał Pan podczas swojego występu, że w tym roku mija 30. rocznica Pańskiej zawodowej działalności artystycznej. Jest to na pewno okazja do podsumowania kariery.

Tak. Zawsze chciałem bardzo dużo improwizować. Nigdy nie chciałem też być od pierwszej do ostatniej minuty tym samym facetem, dlatego na scenie wcielałem się w różne postacie. Nie ukrywam też, że na początku moje programy były w 80% obyczajowe, a w 20% polityczne, a teraz te proporcje się odwróciły. Zawsze jednak robiłem programy „o nas”, nigdy „o was”. Wystarczy bowiem, że artysta stoi metr wyżej niż widzowie, lub nie daj Boże – zaczyna się mądrzyć, a publiczność nie jest w stanie tego wytrzymać. Zawsze staram się być blisko widowni. Traktuję widzów jak dobrych znajomych, a nie dostarczycieli pieniędzy za bilet.

Wiemy też, że ma Pan bogate doświadczenie pozaartystyczne. Jest Pan magistrem wychowania fizycznego, instruktorem teatralnym, a będąc w wojsku prowadził Pan radiostację…

Działalność w radiostacji pozwoliła mi przetrwać okres wojska. Kiedy bowiem moi koledzy przebiegali tzw. dawkę osłabiającą – półtora kilometra w samej koszulce i spodenkach, bez względu na porę roku, ja goliłem się w ciepłej wodzie. Dlatego zawsze twierdzę, że wojsko było dla mnie wczasami ufundowanymi przez naczelnego wodza.

Najwyraźniej więc bogate doświadczenie pozaartystyczne pomaga Panu w pracy.

Satyryk musi mieć otwarte oczy i uszy. Umiejętność spostrzegania wszystkich dziwnych, śmiesznych oraz niespodziewanych sytuacji i zderzenia ich z sobą jest bardzo ważna. Dla mnie największą przyjemnością jest, kiedy widz na widowni kiwa potwierdzająco głową albo mąż do żony mówi „No pewnie, że tak”. Bo my nie odkrywamy Ameryki. I tak jest w moich kabaretach – staram się widzom pokazać, jacy my, ludzie jesteśmy naprawdę, a to wszystko, co wyrabiamy, zawsze zasługiwało i będzie zasługiwać na pastisz.

Fot. Bartek Balicki

Reklama

Dodaj komentarz