Wywiad: MIŁOŚĆ W CZASACH WOJNY

Dodane w:: Numer 38 (wrzesień) 2010 |

Pani Jaswiga i Pan Kazimierz wspominają trudny czas wojny Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Tłuszczu ma przyjemność kontynuować rozpoczęty w marcowym numerze gazety ST cykl opowieści ludzi mieszkających w naszym mieście już od bardzo dawna. Ich relacje są wyjątkową lekcją historii dla nas i dla przyszłych pokoleń Tłuszczan. W tym numerze prezentujemy niezwykłą historię pana Kazimierza Pochwały i jego żony Jadwigi – którzy mimo trudnych wojennych czasów przypadających na ich młodość – potrafili odnaleźć w sobie siłę do przetrwania oraz… uczucie.

Uczniowie: Czy pamiętają Państwo moment wybuchu II wojny światowej?

Kazimierz Pochwała: Byłem wtedy w wojsku. Służyłem w Jarosławcu. Drugiego dnia nadleciały samoloty zwiadowcze, sprawdzały teren i koszary. Trzeciego rozpoczęto – dzień po dniu – bombardowanie miasta. Większość wojska odeszła na front. Na placu w koszarach porobione były rowy przeciwlotnicze. W czasie jednego z takich bombardowań omal nie zginęliśmy. Wojsko odeszło, zostało tylko niewielu z nas – by pomóc umundurować i wyposażyć rezerwę. Cały czas trwały bombardowania. W końcu przyszedł rozkaz wymarszu do Rumunii. W czasie marszu cały czas byliśmy pod ostrzałem. Musieliśmy mieć się na baczności. Po dwóch tygodniach marszu dotarliśmy pod Stanisławów (Kresy Wschodnie). Za Stanisławowem dopędziły nas czołgi rosyjskie, żołnierze kazali oddać broń i odejść. W jednej z wiosek polska rodzina dała nam chleba, pomidorów. Ruszyliśmy do Stanisławowa, by tam znaleźć jakiś pojazd, którym pojedziemy w głąb Polski, do domu. Jednak tak się nie stało. Stanisławów był otoczony przez wojska rosyjskie. Nikogo już nie wypuszczano. W mieście był plac, na którym zgromadziło się wojsko. Miano tam nakarmić głodujących żołnierzy, ale nic z tego nie wyszło. Później spędzili nas do takich obór, Wołoczyska się nazywały. Tam nocowaliśmy i tam nas trochę dożywiali. W międzyczasie podstawili wagony i wysłali w głąb Rosji.

Teresa Jusińska (córka państwa Pochwałów): Który to był rok?

KP: Jeszcze 1939, to wszystko szybko się działo. Miałem kolegę, z którym znaliśmy się z wojska jeszcze, później trzymaliśmy się razem. Wspólnie opracowaliśmy plan ucieczki z wagonów. Ucieczka się powiodła, ale po kilku godzinach złapali nas ruscy żołnierze. W areszcie siedzieliśmy chyba dwa dni, wypuścili nas i znów poszliśmy do tych obór. Tam ponownie czekaliśmy na transport. Jechaliśmy dwa tygodnie. Za Moskwą trzeba było iść już na piechotę. Szliśmy jeszcze chyba z godzinę, czy półtorej. Doszliśmy do miejscowości Oranki, tam był klasztor, który zamieniono na obóz dla jeńców. Za jakiś czas znów nas załadowali na wagony i przywieźli do Polski, do Brześcia nad Bugiem. Tu na nas już czekali Niemcy. Po dwóch dniach wywieźli nas w głąb Niemiec, do miejscowości Numberg. Tam nocowaliśmy pod namiotami około dwa tygodnie. Potem rozsyłali nas do Niemiec, część do fabryki, a część do baorów. Ja trafiłem do baora.

TJ: Kim był baor?

KP: Baor to był taki bogaty gospodarz, posiadający duże połacie pól uprawnych. Ale tam długo nie byłem. Któregoś dnia przyszedł fachman, który się nami opiekował. Zabrał nas do Ludwisburga. Każdy został wykąpany i nadano nam numery: ja miałem 28172, i znów przydzielono mnie do innych baorów. Trafiłem do miejscowości Ohrenberg, gdzie przebywałem do czasu przybycia Amerykanów.

Elżbieta Sadlik: Całą okupację spędził Pan w Niemczech?

KP: Tak, już od 1939 roku byłem w Niemczech.

Elżbieta Sadlik: Słyszałam, że Niemcy nawet dobrze traktowali Polaków…

KP: Dobrze, nie można powiedzieć inaczej. Było wydane zarządzenie, że Niemcy nie mogą spożywać posiłków z jeńcami, ale oni tego nie przestrzegali. A jak ktoś przyszedł, to się z tego tłumaczyli. Ostatni gospodarz też był bardzo dobry. Gdy uciekli Niemcy, wkroczyli do tej wioski esesmani i wszystkich Polaków zabrali, bo bali się szpiegostwa, ale mnie baor zostawił, poszedł i wyjaśnił oficerowi, że ja muszę zostać, bo jestem mu potrzebny. I zostałem, a ci koledzy, których zabrali, za jakiś tydzień również wrócili z powrotem.

TJ: Tata miał niecałe 23 lata, gdy poszedł do wojska. Pochodzi z dawnego województwa kieleckiego, niedaleko Iłży, Sandomierza. Z okolic Tłuszcza, a dokładnie z Chrzęsnego – pochodzi moja mama. Mama była tu na miejscu, dopiero w 1942 roku została zabrana na roboty przymusowe. Opowiedz mamusiu, co się działo, jak do nas dotarła wojna?

Jadwiga Pochwała: To było w niedzielę (3.09.1939 – przypis red.), tak po południu. Wyszliśmy z domu. Nad nami zaczęły krążyć samoloty. Każdy był zdziwiony. Stanęliśmy, patrzymy wystraszeni, a z góry zaczęli rzucać na pola, na drogi, jakieś takie zapalające bomby. Zaczęliśmy krzyczeć: „Wojna, wojna!”. Niemcy wyłapywali młodzież i wywozili na roboty. Musieliśmy się ukrywać. Organizowali obławy, szukali w szkołach. Moja starsza siostra musiała opiekować się młodszym rodzeństwem, bo mama już nie żyła – tylko ja mogłam jechać. Kiedy w 1943 roku zdecydowałam się jechać na roboty, sama się zgłosiłam. Niemcy się mścili, jak ktoś się nie zgłaszał, straszyli, terroryzowali rodzinę. Wywieźli nas na Skaryszewską w Warszawie. Tam siedzieliśmy dwa tygodnie. Mogliśmy porozmawiać z rodziną tylko przez okno. Po badaniach lekarskich i kąpieli wsadzono nas w pociąg i wysłano w głąb Niemiec. Jechaliśmy trzy dni do Ludwisburgu. Tam przyjeżdżali niemieccy gospodarze i wybierali sobie robotników. Trafiłam do gospodarza, który już miał polskiego robotnika ze Śląska. Byłam tam chyba około 8 miesięcy. W końcu trafiłam do gospodarstwa blisko naszej granicy. Tam doczekałam wkroczenia Amerykanów. Po ich odejściu, wraz z zaprzyjaźnioną rodziną pojechałam do obozu Dora. W obozie panował bałagan, znajdowali się tam ludzie różnych narodowości, wszędzie leżały ludzkie kości, były tam jakieś laboratoria i szubienice. Niektórzy z więźniów jeszcze żyli. Amerykanie to wszystko posprzątali. Zajęliśmy taki mały pokoik, mieliśmy piętrowe łóżka, spaliśmy na zmianę. Do mieszkania wchodziliśmy przez okno. Amerykanie z UNRA (Agenda ONZ ds. Pomocy i Odbudowy – przypis red.) stworzyli z czasem kaplicę, kuchnię, zorganizowali drużynę harcerską, do której należałam. Szyłyśmy wyprawki dla niemowląt – dla kobiet, które rodziły w obozie. I tam właśnie później poznałam swojego przyszłego męża…

Kazimierz Pochwała: W międzyczasie były transporty i wyjazdy do Polski.

JP: Tak, kto chciał – mógł wracać. Wróciłam do Polski w lipcu 1946 roku. Gdy ja byłam na robotach, w międzyczasie spalił się dom, w którym zamieszkiwaliśmy z rodzeństwem w czasie wojny.

TJ: Jak mama wyjechała do Niemiec, to tutaj przychodzili Rosjanie…

JP: Tak, zarekwirowali nam dom. Zrobili w nim sobie kuchnię i biura. U nich zawsze na podłodze leżała słoma i to od niej się zapaliło. Spłonęło wtedy osiem domów.

Elżbieta Sadlik: Dokąd więc wróciła Pani po wojnie?

JP: Po drugiej stronie mieszkał sąsiad z rodziną – nazywany „Amerykaninem”, bo pracował w USA przez pewien czas. Ten sąsiad zaproponował mojemu ojcu, by z nimi zamieszkał. Właśnie tam wróciłam z Niemiec. Z czasem tata na naszym placu postawił dom, ale ja tęskniłam za Kazimierzem… Umówiłam się więc z tatą, że pojadę do dziadka. Zamiast tego, pojechałam do Kazika. Wzięliśmy ślub i zamieszkaliśmy razem. Wychowaliśmy dwie córki. Jedna mieszka w Tłuszczu, a druga w Ostrowi Mazowieckiej.

Kazimierz Pochwała: Nie wszyscy Polacy wrócili do Polski. Niektórzy pojechali do Ameryki (jak mój kolega w 1951 roku, gdzie znalazł pracę w fabryce Forda), inni do Australii.

Elżbieta Sadlik: Kiedy powrócili Państwo w nasze tłuszczańskie okolice?

Kazimierz Pochwała: Do Chrzęsnego w 1959 roku. Wcześniej byłem leśniczym na kielecczyźnie. Zwolniłem się z pracy, bo było dużo kradzieży z lasu. Przyjechałem do Chrzęsnego i znalazłem pracę w Warszawie jako portier.

Jadwiga Pochwała: Po wojnie były pewne ograniczenia, np. zabierali zwierzęta. Mój ojciec hodował zwierzaki, sprzedawał i ze sprzedaży tych zwierząt miał pieniądze na kupno odzieży, jedzenia, tzn. chleba, cukru. Przecież żona mu zmarła w 1942 r., a miał pięcioro dzieci.

Uczennice: Jeżeli ktoś miał wypadek i został ranny, to działały wtedy jakieś szpitale? Gdzie można było się wyleczyć?

Jadwiga Pochwała: Szpital był tylko w Jadowie.

Uczniowie: Ciekawi nas, jak się Państwu żyje teraz – w wolnej, niepodległej Polsce?

JP: Pracowałam w Warszawie, w przedsiębiorstwie geodezyjnym. Mieszkamy w Tłuszczu. Otrzymujemy emerytury, które nam wystarczają.

Uczennice: Dziękujemy za wywiad.

W kwietniowym numerze „Stacja Tłuszcz” zamieściła sprostowania odnoszące się do wywiadu z panią Zofią Hoff. Mimo to, pani Hoff nie jest usatysfakcjonowana. Pozostaje mi więc przeprosić panią Zofię Hoff za zaistniałe nieporozumienie. Elżbieta Sadlik.

Reklama

Komentarze (1 )

  1. Wzruszająca opowieść .Dla mnie szczególnie bo nazywam się też Pochwała i jak ten Pan pochodzę z dawnego kieleckiego .Mój ojciec też był wywieziony na roboty do fabryki w Niemczech . Interesuję się drzewem genealogicznym rodu Pochwała i z tych też względów bardzo chętnie bym nawiązał kontakt,aby poznać dane osobowe rodziców Pana Kazimierza .Jeżeli to możliwe proszę o kontakt e-mailowy .
    Pozdrawiam .

    VA:F [1.9.12_1141]
    Poparcie: 0 (ocen: 0 )

Dodaj komentarz