Nadesłane do redakcji: Dzień z życia pasażera

Dodane w:: Numer 5 (grudzień 2007) |

„Twoja kolej na… udaną podróż”- czy to hasło Kolei Mazowieckich ma dziś jakiekolwiek znaczenie dla nas – pasażerów?

Jest dzień 27.11.2007 r. Biegnę na stację PKP Tłuszcz, na pociąg o godzinie 9.10, do Warszawy Wileńskiej. Spieszę się na zajęcia. Zahaczam o poczekalnię, aby upewnić się, że pociąg przyjedzie o wyznaczonej porze. Dzwoniłam wcześniej w tym celu na informację PKP Tłuszcz, lecz mimo, iż włączyła się automatyczna sekretarka, potem sygnał był już zajęty i tak kilka razy, bez skutku.

Wejście na poczekalnie nie jest komfortowe. Po pchnięciu drzwi, roztaczają się wokół mnie nieprzyjemne wonie, rozglądam się więc niepokojąco szukając źródła zapachu stęchlizny. Nic nie znajduję. Kieruję się do okienka. Tam pani uspokaja mnie, iż pociąg przyjedzie na czas. Z uśmiechem dziękuję za informację i siadam na wolnym kawałku ławki, upewniając się wcześniej, czy jest czysta. Wyciągam notatki, mam ważne kolokwium i kilkanaście minut do przyjazdu pociągu. Czytam, lecz nie mogę się skupić, bowiem w tym miejscu „zapach” jest bardzo intensywny. Nagle słyszę głośne miauczenie i już wiem skąd ten potworny fetor. W pobliżu stoi karton pełny kotów. Zastanawiam się, do kogo należą i co tu robią. Dlaczego nikogo z PKP to nie interesuje? Nie znajduję odpowiedzi. Muszę stanąć pod oknem, tam zapach mniej doskwiera. Najchętniej wyszłabym na zewnątrz, ale pogoda na to nie pozwala, pada intensywnie śnieg i do tego silnie wieje. Zbyt późno zauważam, że parapet, na którym położyłam plecak, jest mocno zabrudzony. To okropne, ale już nic na to nie poradzę. Otrzepuję plecak bez większego skutku.

Co chwila wchodzi ktoś z zewnątrz i wpuszcza przeszywająco zimne powietrze. Nadal nie mogę się skupić. Patrzę na zegarek, zostało już kilka minut do przyjazdu pociągu, więc szybko udaję się na stację, na peron I, bo stąd odjeżdżają pociągi z Małkini. Po kładce idę bardzo ostrożnie, jest oblodzona. Schodząc, muszę kurczowo trzymać się poręczy. Boję się, że spadnę. Uff, w końcu jestem na stacji. Idę do przodu, żeby mieć mniejszy dystans do pokonania w Warszawie. Jestem na miejscu. Jest zimno. Wychylam się na tory, pociągu jednak nie widać. Wokół pełno ludzi, wciskam się za poprzeczną ściankę miejsca do siedzenia dla oczekujących, na którym oczywiście nikt nie siada, bo zawsze jest potwornie umorusane. Czekam, czas się dłuży. Chodzę w miejscu, żeby się trochę rozgrzać. Patrzę na zegarek, jest już 9.20. Każdy się niepokoi. Nagle z megafonu rozlega się komunikat: „Pociąg do Warszawy Wileńskiej na godzinę 9.10 opóźni się o 60 minut”. „ Niech to diabli” – słyszę gniewny pomruk. Sama jestem potwornie zła, rozżalona i zestresowana. Już wiem, że nie zdążę na kolokwium.

Wracam do poczekalni, idę ze wszystkimi. Niestety nie ma już tam miejsca siedzącego. Tworzy się duża kolejka przy kasie – przez kilka minut czynna jest tylko jedna. Wszyscy oddają nieważne bilety. Staję za innymi klientami KM, żeby wziąć poświadczenie o spóźnieniu pociągu, być może zaakceptują je moi profesorowie i usprawiedliwią moją nieobecność. Choć tego nie mogę być pewna.

Wszyscy pasażerowie są poirytowani. Panie w okienku widząc nasze zdenerwowanie, uśmiechają się ironicznie, co jeszcze bardziej nas drażni. Pytamy: „Co się dzieje? Dlaczego nie ma pociągu? Co mamy dalej robić? Przecież wszyscy jedziemy do szkół i prac! Kto usprawiedliwi nasze spóźnienie? Czy będzie komunikacja zastępcza? Kto jest za to odpowiedzialny?!”. Na te pytania nikt nie jest w stanie udzielić odpowiedzi. Prosimy o telefon do osoby, z którą można by porozmawiać na ten temat. Panie w okienku mówią, że nic nie wiedzą i nie mają żadnego telefonu. Jestem zła. Pozostali podobnie. Idę do dyżurki i proszę o Księgę Skarg, tam pani kieruje mnie z powrotem do okienka. Pani w okienku szuka kilka minut Księgi, aż w końcu daje mi – czystą, beż żadnych wpisów i śmieje się, że „nieużywana”. Piszę w Księdze to, co czuję. Jestem zniesmaczona i zdenerwowana.

Na kogo? Na kolej, której ciągle mam dużo do zarzucenia. Płacę za bilet miesięczny z Tłuszcza do Warszawy Wileńskiej dużo, bo aż ponad 70 zł ze zniżką studencką i liczę na to, że dojadę na czas do celu. Niestety zdarzają mi się bardzo nieprzyjemne sytuacje podczas podróży PKP. Ostatnio miałam na przykład podróż 40 minutową z Warszawy Wileńskiej do Zielonki (2 stacje). Innym razem jechałam od stacji Zagościniec do Tłuszcza bez światła w przedziale i obawiałam się, czy ktoś mnie nie okradnie i czy dojadę cała i zdrowa, słysząc, gdy co chwila ktoś przechodził obok mnie, a ja niestety nikogo nie widziałam. Ponadto w czasie jazdy do Warszawy Wileńskiej są zazwyczaj dwie kilku-, kilkunastominutowe postoje między określonymi stacjami, np. tuż przed wjazdem na stację Warszawa Wileńska. Zawsze wtedy się zastanawiam – czy istnieje coś takiego jak „planowe spóźnienie”? Poza tym rozkład jazdy jest tak wyznaczony, że odstępy czasowe między jednym a kolejnym pociągiem wynoszą czasem 15 minut, a czasem nawet 1h, 40 min. Wtedy, gdy nie zdążę na dany pociąg, muszę bardzo długo czekać na następny.

Odrębnym tematem jest komfort jazdy. Komfortowa jazda – słowa te dalekie są od rzeczywistości. W porannych godzinach jazdę pociągiem z Małkini do Warszawy Wileńskiej można nazwać koszmarem. W Tłuszczu należy oczekiwać na pociąg w takim miejscu peronu, aby można było „załapać się” jeszcze na miejsce siedzące, czyli najlepiej w miejscu zatrzymania się końca 3 jednostki. To i tak nie jest gwarancją, że usiądziemy, bowiem gdy tylko drzwi pociągu się otworzą, panuje „zasada dżungli”- kto pierwszy ten lepszy. Ktoś, komu się nie uda, zazwyczaj stoi całą drogę. Poza tym na każdej stacji pociąg zapełnia się w błyskawicznym tempie i w Wołominie – Słoneczna jest już trudno wejść do przedziału. Do środka dostają się ci, którzy mają dużo odwagi, cierpliwości, a nade wszystko siły i elastyczności ciała, gdyż pozostaje tylko przeciskać się, przepychać i przepraszać, żeby wszyscy stojący dali przejść. A ponadto trzeba wytrzymać całą drogę, gdy ktoś cię ściska, depcze, przygniata itp. i nikt nie chce otworzyć okna, bo jest zimno, więc ciężko się oddycha. Na dalszych stacjach zaczyna się ostra walka ludzi z ludźmi i ludzi z myślami. Każdy chcący wsiąść do pociągu zastanawia się: czy da radę wejść, od której strony zacząć pchać ludzi stojących na wejściu, a może lepiej poczekać 40 minut na następny pociąg (ryzykowne – a nuż będzie jeszcze bardziej zapchany)…?!

Pasażerowie – klienci KM czują się upokorzeni. Często słyszę określenia: wożą nas „jak bydło” albo „jak ludzi do obozów zagłady”. Czy to mamy rozumieć jako reklamowaną przez KM „udaną podróż”? (Katarzyna Stankiewicz)

Reklama

Dodaj komentarz