relacja z wyprawy… dla ornitologów i wariatów
Pomysł spływu kajakiem z Tłuszcza do Zalewu Zegrzyńskiego zrodził się w mojej głowie trzy lata temu. Każdy twierdził, że to się nie uda, a co najmniej nie będzie ciekawie. Mimo wszystko postanowiłem zrealizować swoją zwariowaną myśl.
Wczesną wiosną, gdy poziom wody był jeszcze wysoki, wraz z żoną wypłynęliśmy swoim kajakiem w dziewiczy rejs ku przygodzie. Nie mieliśmy pojęcia, co nas czeka – jak dotąd, oprócz własnej, nie poznałem żadnej historii spływu rzeką Cienką. A było to tak: z samego rana zanieśliśmy kajak nad wodę – do mostu kolejowego na linii Tłuszcz-Warszawa i już po chwili ruszyliśmy do przodu niesieni prądem rzeki i siłą własnych ramion! Pierwszy betonowy mostek i pierwsze przeniesienie kajaka brzegiem, potem pierwszy kolejowy most, kilka ostrych zakrętów, mały ciekawy wodospad i drugi kolejowy most, za którym był prosty i długi odcinek biegnący wśród łąk. To od tego miejsca zaczęła się prawdziwa przygoda z naturą i jej urokami. Naszym oczom ukazał się ogromny ptak majestatycznie lecący nad naszymi głowami. Spokojnie miał ponad dwa metry rozpiętość skrzydeł z białymi piórkami na spodzie. Usiadł jeszcze na skraju lasu, na olbrzymiej sośnie, by po chwili wzbić się ponownie i zniknąć wśród drzew. Myślę, że to był orzeł lub pokrewny tego gatunku ptak, który raczej rzadko zapuszcza się w te strony. Po chwili ujrzeliśmy jeszcze dwie hasające sarenki, pływającą parkę dzikich kaczek i kilka czapli siwych. Byliśmy zafascynowani tym miejscem – pięknym i wyjątkowym, zaopatrującym zwierzęta w pokarm i dającym im bezpieczne schronienie.
Woda tymczasem niosła nas dalej… Po jakimś czasie spotkaliśmy mały zator z patyków i śmieci, który trzeba było obejść. Minęliśmy miejscowość Pieńki, kilka starych drewnianych zabudowań nad samą wodą i po kolejnym „wodospadzie” dotarliśmy do Klembowa. Około kilometra od mostu drogowego, rzeka Cienka wpada do Rządzy. Po pokonaniu otwartej śluzy i mostu drogowego w Pasku, otaczający nas krajobraz uległ zmianie. Rzeka nabrała szerokości, a na brzegach – łąki, rozlewiska i dużo drzew liściastych. Najpierw uciekła przed nami para wystraszonych bażantów, potem para łabędzi i jedna czapla biała. Pojawiały się widoczne ślady działań szalonych bobrów (poogryzane konary i zwalone drzewa). Czyli kolejne cudowne miejsce na relaks i podziwianie życia kwitnącego wokół rzeczki, w której woda była całkiem czysta, choć trochę chłodna (wiem, bo wpadłem po pas do wody – przenosząc kajak wokół niskiego betonowego mostku i nie zauważyłem zamaskowanego dołu). Dalej również czekały nas ciekawe widoki. Właśnie polował myszołów, pod którym rzeka rozlewała się po łąkach i wiła między młodą roślinnością, by w końcu znaleźć się między wysokimi brzegami porośniętymi drzewami opadającymi do środka. Zmuszeni byliśmy płynąć slalomem w tym ciekawym wąwozie i przedzierać się przez gęste krzaki. Po trudnych zmaganiach dotarliśmy do wielkiej tamy w Kraszewie Starym. Po krótkim odpoczynku i przeniesieniu kajaka, ruszyliśmy dalej. Oczarowani pięknem okolicznej przyrody, nie przypuszczaliśmy, co nas wkrótce czeka… Tymczasem za mostem drogowym rozpoczęło się prawdziwe piekło. Niewielki kawałek (na wysokości obwodnicy) musieliśmy przebyć w większości pieszo, co trwało ponad dwie godziny! Wszystko dlatego, że ten teren najwyraźniej spodobał się bobrom i zrobiły tam istny tor przeszkód! Rzeka robiła kilkanaście zakrętów po 180 stopni, a kajak przenosiłem prawie dwadzieścia razy! Pod koniec tego odcinka podróży byłem ogromnie zmęczony i nie czułem już rąk… Na szczęście natknęliśmy się na grupkę saren – ten widok mnie wyciszył i uratował przed szaleństwem. Ukojenie nie trwało zbyt długo: za trasą z Warszawy na Białystok dwa kolejne ogromne drzewa w wodzie, most kolejowy i śluza, którą również trzeba było ominąć. Za mostem drogowym w Zawadach kolejne rozlewiska, a na nich stado łabędzi, wysuszone trzciny, ciekawie podgryzione drzewo przez bobra i znów konieczność przeciągania kajaka lądem. Za mostem drogowym w miejscowości Łosie czekała nas najtrudniejsza przeprawa. W wodzie do połowy była zanurzona ogromna gałąź, a brzeg nie umożliwiał wyjścia i ominięcia przeszkody lądem. Zmuszony byłem wskoczyć na bujający się konar i z trudem utrzymując równowagę, przesunąć kajak po drzewie. Na szczęście tym razem obeszło się kąpieli.
Po ominięciu tej niespodziewanej przeszkody, rzeka poniosła nas w nagrodę do miejscowości Ruda, gdzie widać ładne domki, zadbane brzegi i ochronione metalową siatką przed rozrabiającymi bobrami drzewa. Wyczerpani, a mimo to szczęśliwi, zakończyliśmy spływ w Starych Załubicach, skąd już jakiś czas temu dotarliśmy do Zalewu. Nie będę kłamał, jeśli powiem, że był to najciekawszy i najtrudniejszy spływ w moim życiu. Z całą pewnością nie polecam tej trasy początkującym kajakarzom z małym doświadczeniem oraz słabeuszom (trasa wymaga kilkudziesięciu przeniesień kajaka…). Chyba najlepiej by się tu czuli ornitolodzy i… wariaci! A także służby porządkowe, bo niestety, wszędzie na trasie spływu – śmieci. Nasza wyprawa to siedem godzin walki z naturą, niezapomniane wrażenia i nowo przetarty szlak. Udowodniliśmy, że Cienka i Rządza nadają się na spływ kajakowy i że z Tłuszcza da się dotrzeć do Zalewu Zegrzyńskiego nie tylko pociągiem czy samochodem!
Arkadiusz i Magdalena Górek
Musisz się zalogować, aby móc dodać komentarz.
Super sprawa!!! dzięki za fajną relacje!
Chloris
22/05/2009 21:40