ST 1/2012 Redaktor w podróży

Dodane w:: Numer 54 (styczeń 2012),Z życia redakcji |

Redaktor ST Maciej Puławski w Waszyngtonie, jesień 2011

Ameryka. Często określana mianem „kraju marzeń i snów”. Państwo ugruntowanej demokracji i źródło wielu inspiracji dla całego świata. Jaka jest naprawdę? Miałem okazję przekonać się o tym osobiście…

Nie bez dumy stwierdzam, że to, co robimy w Tłuszczu zostało dostrzeżone. Jako współzałożyciel „Stacji Tłuszcz” i Stowarzyszenia „Kastor – Inicjatywa dla Rozwoju” dostałem się na kierowaną dla lokalnych liderów wizytę, całkowicie sfinansowaną przez Departament Stanu USA. Program dziesięciodniowej, bardzo intensywnej podróży poświęcony był tematyce przywództwa w społeczności lokalnej, z uwzględnieniem takich elementów jak liderstwo w samorządzie, komunikacja z mieszkańcami i metody partycypacji społecznej. Głównym założeniem wyjazdu była wymiana doświadczeń polskich i amerykańskich. Oczywiście przy okazji chodziło również o poznanie USA. W związku z tym, mimo napiętego harmonogramu spotkań, w programie był również czas na zwiedzanie.

AMERYKA SKRAJNOŚCI

Z wizytą domową u przesympatycznej rodziny Kirkpatrików. Mieliśmy okazję spokojnie porozmawiać, popytać i opowiedzieć o tym, co robimy w Polsce. Kirkpatrikowie goszcząc nas, czuli się – jak to określili – obywatelskimi ambasadorami swojego kraju

Większość czasu podczas wyjazdu zajmowały nam spotkania z przedstawicielami lokalnych władz i organizacji pozarządowych. Miałem możliwość odwiedzić skrajnie różne miejsca: najbogatsze miasteczko w USA, czyli żyjące z turystyki Jackson w stanie Wyoming (w sezonie liczba zamieszkujących tam osób zwiększa się z 10 000 do 50 000!) i najbiedniejsze: Reading w stanie Pensylwania. Dzięki temu zobaczyłem Amerykę taką, jaka jest. Poznałem kraj różnorodny, również borykający się z problemami.

Executive Session, czyli wstępne obrady radnych z Memphis. Zostaliśmy przedstawieni zgromadzonym i otrzymaliśmy certyfikaty honorowych radnych miasta Memphis

W rozmowach z Amerykanami od razu ujawniało się zupełnie inne podejście do uczciwości. Można by się nawet pokusić o użycie tutaj słowa „naiwność” (z naszego, polskiego punktu widzenia). Nasze pytania związane ze sposobem obsadzania służbowych stanowisk były Amerykanom zupełnie obce. Najczęstsza odpowiedź brzmiała: w przypadku konfliktu interesów, ujawniam go i wyłączam się z podejmowania decyzji. Na każdym kroku było też widać większe niż w Polsce zaufanie społeczne. Przykładowo: jedno z miast wprowadzało program powszechnego dostępu do internetu poprzez przekazanie uboższym mieszkańcom laptopów z dostępem do sieci. Na pytanie o sposób zabezpieczenia się przed zniszczeniem sprzętu, albo jego sprzedażą, nasz amerykański rozmówca nadzorujący wprowadzanie programu przyznał z rozbrajającą szczerością „nie pomyśleliśmy o tym”.

BURMISTRZ NA PÓŁ ETATU

W wielu miejscach, które odwiedziliśmy, okazywało się, że burmistrz jest zatrudniony w urzędzie tylko na pół etatu, a poza tym normalnie gdzieś pracuje lub prowadzi własną firmę. Zarządzaniem miastem zajmuje się zatrudniony przez burmistrza menadżer, posiadający kwalifikacje i doświadczenie w tym zakresie.

Cechą charakterystyczną Ameryki (jak i innych krajów wysokorozwiniętych) jest stopniowe wyludnianie się miast. Bogatsi mieszkańcy przenoszą się na przedmieścia. Pracują w mieście, a mieszkają poza jego granicami. W efekcie sytuacja ekonomiczna miasta się pogarsza, bo część podatku jest przekazywana do miejsca zamieszkania. W konsekwencji niektóre miasta szybko ubożeją. Mieszkania stoją puste, brak jest chętnych na wynajem powierzchni handlowej i usługowej. Taką sytuację zastaliśmy w Memphis – widok domów z zabitymi deskami drzwiami i oknami nie należał do przyjemnych.

SAMI SWOJE, CZYLI MIESZKAŃCY POTRAFIĄ

Berks County Community Foundation – przedstawiciele fundacji, w której gościliśmy, podkreślali rolę wzajemnego wspierania się w działaniu na rzecz rozwoju lokalnego. Jako przykład praktycznych działań podali organizowanie przyjęć powitalnych dla sprowadzających się tu przedsiębiorców, którzy chcą lokować na terenie miasta Berks swoje firmy

Z moich obserwacji wynika, że ważną cechą mieszkańców USA jest zdolność do samoorganizacji i samodzielnego rozwiązywania problemów. W Ameryce działa mnóstwo stowarzyszeń, zrzeszeń, organizacji. Obywatele są aktywnymi członkami jednej lub kilku. Spotykają się, starają się rozwiązywać problemy i zmieniać otaczającą ich rzeczywistość. Przykładowo, w Jackson (najbogatsze miasteczko w USA) corocznie organizowany jest masowy bieg Old Bill’s Fund Run. Jest to równocześnie święto wszystkich organizacji – i tym samym mieszkańców. W głównej części miasta trwają wówczas targi, na których prezentowane są osiągnięcia, projekty i nowe pomysły organizacji. Zbierane są też pieniądze na ich działalność. Szczodrość uczestników wydarzenia dodatkowo potęguje fakt, że bardzo bogaty mieszkaniec, filantrop, dokłada dodatkowo… połowę zebranej przez mieszkańców kwoty! W efekcie podczas ubiegłorocznego biegu udało się zgromadzić 7,7 mln dolarów.

W Ameryce wspieranie organizacji społecznych przez biznes jest regułą. W lokalnych sklepach, w eksponowanych miejscach stoją tablice informujące, o tym ile pieniędzy placówka przekazała konkretnym organizacjom lub w jakiej innej formie je wspiera. Firmy często postrzegają społeczne zaangażowanie swoich pracowników jako coś, co przywiązuje ludzi do miejsca. W ten sposób zmniejsza się odpływ wykwalifikowanej kadry.

JEŚLI DZIŚ JEST WTOREK, TO MAMY WYBORY

Chciałem się również podzielić informacją, która była dla mnie bardzo zaskakująca. Mianowicie: frekwencja wyborcza. Mogłoby się wydawać, że w Stanach Zjednoczonych jest dużo wyższa niż w Polsce. Nic bardziej mylnego. W ostatnich wyborach prezydenckich w 2008 roku była wyjątkowo wysoka – 57,37% (dla porównania w drugiej turze wyborów prezydenckich w Polsce frekwencja wyniosła 55,31%). Frekwencja w wyborach lokalnych jest jednak dużo niższa niż w Polsce. Często waha się między 15 a 30% uprawnionych do głosowania. Wynika to między innymi z tego, że wybory w Ameryce są we… wtorki, które bynajmniej nie są dniami wolnymi od pracy.

ELVIS ŻYJE!

W parku Yellowstone czekały na nas przepiękne widoki – góry Tyton, jezioro Jackson, kanion rzeki Yellowstone, krajobrazy powulkaniczne i gorące gejzery. Niestety – jeśli chodzi o żyjące tam zwierzęta, nie były skore do kontaktów z turystami. Może to i dobrze, bo poza (w miarę) spokojnymi bizonami i kojotami można tam spotkać także niedźwiedzie, pumy i wilki…

W ciągu dziesięciu dni odbyłem dziesięć lotów samolotem. Byłem na wschodzie i zachodzie wybrzeżu, uczestniczyłem w posiedzeniach rad, rozmawiałem z przedstawicielami władz, organizacji pozarządowych i zwykłymi Amerykanami. Poznawałem amerykański styl życia, problemy i sposoby ich rozwiązywania. Był także czas na zwiedzanie. Poza Yellowstone wspólnie z grupą odwiedziłem również Muzeum Praw Obywatelskich w Memphis, utworzone w miejscu zabójstwa pastora Martina Luthera Kinga.

Graceland – dom Elvisa Presley’a w którym lekki kicz mieszał się z dziecięcymi marzeniami artysty. Król rock'n'rolla pochowany jest razem ze swoimi rodzicami w przydomowym ogrodzie

W tym samym Memphis zobaczyliśmy osławioną Bale Street – ulicę uznawaną za miejsce narodzin rock and rolla. Był też czas, żeby odwiedzić dom króla tegoż gatunku muzycznego. „Elvis żyje” – twierdzą niektórzy. Na pewno żyje pamięć o nim w Graceland – muzeum poświęconym pamięci muzyka, utworzonym w jego posiadłości w Memphis. Można by powiedzieć: dom jak dom, nic specjalnego. Meble, dość ekstrawagancki wystrój, ogród, samochody. Jednak to wszystko stanowi niebywałą atrakcję turystyczną, którą odwiedzają setki tysięcy turystów rocznie. Mówi się nawet, że Graceland jest drugą po Białym Domu najczęściej odwiedzaną rezydencją w Ameryce. Zarabianie na takiej formie turystyki długo jeszcze będzie dla nas wyzwaniem, mimo, że nasza historia sięga zdecydowanie dalej niż Stanów Zjednoczonych Ameryki.

***

To był mój drugi pobyt w USA. Pierwszy wyjazd, jeszcze w czasie studiów, odbył się na poprzez program Work&Travel. Amerykanie urzekli mnie wówczas swoim profesjonalnym podejściem do pracy, odpowiedzialnością i pogodą ducha. Tym bardziej cieszy mnie fakt, że mogłem tam wrócić i poznać Stany z nieco innej strony. Podejrzewam jednak, że nawet gdybym wracał tam jeszcze nawet kilkanaście razy, to i tak nie uda mi się poznać wszystkich sekretów sukcesu USA.

Niemniej te, które poznałem, podziałały bardzo inspirująco.

  • Maciej Puławski

Wszystkich zainteresowanych tematem zapraszam na mojego bloga: blog.stacja-tluszcz.pl, gdzie można znaleźć notki i zdjęcia z podróży. Sponsorem mojego wyjazdu był Departament Stanu USA. Wizyta nie odbyłaby się bez wsparcia Stowarzyszenia „Szkoła Liderów” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności oraz Ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki.

Reklama

Komentarze (1 )

  1. VA:F [1.9.12_1141]
    OCEŃ TEN KOMENTARZ:
    Ranking: 6.0/6 (oceniono 1 razy)

    W Tłuszczu burmistrzowi zamiast 1/2 to nawet 1/4 etatu można by zrobić na wzór USA. I tak wszystkie decyzje zapadają poza nim. Zawsze mniejsze obciążenie dla budżetu. Za zaoszczędzone pieniądze zrobić w końcu coś pożytecznego dla mieszkańców.

    VA:F [1.9.12_1141]
    Poparcie: +3 (ocen: 3 )

Dodaj komentarz