Wyborcze targi i ruchawki

Dodane w:: Numer 39 (październik) 2010 |

Komitety wyborcze miały czas na rejestrację do 4 października. Już wypłynęły rekiny, później pojawi się także plankton.

Przepraszam, że w tak żartobliwym tonie, ale ton poważny mógłby zakończyć się dla mnie ze dwoma procesami o pomówienie. Ciężko bowiem żyć ze świadomością, że ma się jakąś wiedzę, ale trudno byłoby ją udowodnić. Pozostaje więc tylko humor, który pozwala nam się gorzko zaśmiać i pochylić nad niskim morale losowo wybranego „polityka” szczebla lokalnego.
Ktoś komuś obiecuje właśnie, że zostanie dyrektorem szkoły, jeśli uda mu się zmobilizować część danej wioski, by 21 listopada odpowiednio zaszczekała, czyli dała głos… Ktoś inny oferuje kilka tysięcy złotych za kwity, które pozwolą skompromitować przeciwnika… Ktoś oferuję pracę dla siostry za wejście na listę wyborczą… Kolejny listę trzyma w łapskach i ma miejsc jeszcze kilka – ale na sprzedaż.
No nic, to ja postoję z boku i poczekam. Teraz grasują polityczne rekiny, a wokół nich kłębi się wyborczy plankton. Żeby nie było – ja też, z racji skromnych politycznych ambicji, do tego planktonu się zaliczam. Patrzę na to wszystko, zastanawiam się, czy twarde obstawanie przy swoim nie będzie mnie za drogo kosztowało… Ale trudno – przynajmniej golić mi się będzie łatwiej, gdy nie nabroję tyle, by nie móc spokojnie spojrzeć w lustro…
Jeszcze dziś ktoś mi coś proponował za przejście z listy na listę, ale odrzekłem, że gęba nie cholewa. Poza tym – jakie tu są partie? Tu człowiek zna człowieka. Bywa więc, że w wyborach do sejmu głosuje na PiS a do kieliszka siada z sąsiadem z SLD. Albo odwrotnie – marzy o równouprawnieniu jakichś wydumanych mniejszości – a najlepiej dyskutuje mu się z księdzem…
To oczywiście dopiero początek tych wszystkich targów i ruchawek (to słowo nic zdrożnego nie znaczy – odsyłam do słownika). Będzie jeszcze lepiej, to znaczy… gorzej. Apogeum nastąpi na 3-4 dni przed wyborami. To wtedy wypadnie trup z szafy, komuś rozsypią się jakieś akta, a my będziemy musieli na to patrzeć. I to już nie będzie kabaret. Tak wesoło jest tylko na początku. W dniu „sądu” czyli wyborów, okaże się bowiem, że będą takie miejsca w gminie, gdzie frekwencja będzie nadspodziewanie wysoka. Tak może się stać, gdy w trasę wyjadą wyborcze gimbusy dowożące do lokalu wyborczego tych wszystkich, którzy piechotą by do niego nie dotarli. Nie, nie chodzi o niepełnosprawnych. W każdy razie – nie fizycznie! Ich trzeba zachęcić w specjalny sposób. I oczywiście podwieźć – ale tylko w jedną stronę. A z powrotem? Wrócą sami, ale z nadmiaru wrażeń droga może im się wówczas wydać bardziej krętą i wyboistą niż zwykle a i wiatr może ich znosić z raz obranego kursu…
- Gdzie dzieją się takie akcje, i kim są wyżej wymienione postaci? – zapytałby jakiś prokurator. I zaraz usłyszałby odpowiedź: – Akcja dzieje się w małej gminie na Mazowszu, a te postaci to bohaterowie sztuki scenicznej, którą właśnie piszę… Bo cóż innego mógłbym odpowiedzieć? Każda inna odpowiedź skończyłaby się dla mnie bardzo źle: albo zamknięciem za pomówienie, albo obiciem za rozgłoszenie…

Reklama

Dodaj komentarz