ST 11 (91)/2014 Subiektywnie o wyborach: Przyjaciele i wrogowie

Za kilka dni wybory. Wybierzemy burmistrza, radę miejską, radę powiatu i sejmik wojewódzki. I jak zawsze zastanawiamy się – czy te wybory coś zmienią? Czy w ogóle mają jakiś większy sens?

Nasza gmina pełna jest wyborczych reklam. Ogłoszenia wiszą na płotach, budynkach, jeżdżą na przyczepach… Uśmiechnięte twarze, pełne nadziei na świetlaną przyszłość gminy, powiatu, województwa, i oczywiście – swoją – zachęcają nas do oddania głosu. Niektórzy chełpią się nawet inwestycjami, które jeszcze nie powstały… Ale co tam. Wszakże wyborca wszystko łyknie.

Do naszych furtek trafiają kolejno ulotki i publikacje poszczególnych kandydatów i kandydatek. Ostatnie tygodnie to istny wysyp uroczystych otwarć, święceń i przecięć wstęg – wspomnieć należy np. boisko w Mokrej Wsi, Pałac w Chrzęsnem, halę sportową, ulicę Tłuszczańską (na której już zresztą w momencie pisania tego tekstu stoi znak zakazu ruchu). Ileż działań, ileż inwestycji! Chciałoby się powiedzieć – szkoda, że wybory są TYLKO co cztery lata.

Na kartach do głosowania zobaczymy nazwiska wielu osób. Część z nich to zwykli mieszkańcy, część to „zawodowi” już samorządowcy, a znów inni to… uwaga, niespodzianka – pracownicy instytucji podległych Urzędowi Miejskiemu. Jedno z ugrupowań pobiło nawet rekord w tej dziedzinie – wystawia do powiatu cały komplet – kilku szefów wraz z podwładnymi i osobami, których działalność w jakiś sposób jest uzależniona od decyzji tych, co sprawujących władzę. Dziwne? Niestosowne? A może normalne? Jakikolwiek mamy pogląd w tej sprawie, warto najpierw zadać sobie pytanie, czy takie osoby w ogóle kandydują z własnej woli. Czy tak naprawdę mogli szefowi odmówić, jeśli nie chcieli kandydować. I kolejne – czy mandat radnego będą mogli sprawować zgodnie z własnymi poglądami i swoim sumieniem? Czy będą dbać tylko o interesy szefa?

Skoro wszyscy wiemy, że zależni w jakikolwiek sposób od burmistrza radni nie są w stanie go rzetelnie kontrolować, to dlaczego wciąż tacy radni (albo ich bliscy) pracują w szkołach, zakładzie gospodarki komunalnej czy innych tego typu jednostkach? Od wielu lat budzi to wśród mieszkańców oburzenie i sprzeciw. Co się jednak dzieje, że te sytuacje się powtarzają? Powiem więcej – że na listach wyborczych jest takich osób coraz więcej? Dlaczego osoby pracujące w szkołach, budynku urzędu czy też w Zakładzie Gospodarki Komunalnej startują w wyborach…? Rozumiem, że nie ma prawnych przeszkód. Ale jak chcą łączyć później te funkcje? Czy ktoś wyobraża sobie rzetelne sprawowanie mandatu przez takie osoby? Pełnienie przypisanych radnym funkcji kontrolnych? I nieważne, kto będzie burmistrzem, zawsze to będzie ich bezpośredni lub pośredni przełożony… Czy tak powinna wyglądać demokracja?

Na zakończenie smutna refleksja: obecny burmistrz na serwisie społecznościowym napisał, że „miarą sukcesu jest ilość wrogów”. Moim zdaniem jest to miara fałszywa. Wierząc w to, kreuje się kolejnych wrogów zamiast poszukiwania współpracy i porozumienia, a pogodzenie się z wrogiem zmniejsza nasz sukces. Myślę, że zamiast sztucznie budować sobie poczucie wartości w oparciu o liczbę wrogów, lepiej wziąć sobie do serca słowa Prymasa Stefana Wyszyńskiego: „Człowiek jest odpowiedzialny nie tylko za uczucia, które ma dla innych, ale i za te, które w innych budzi.”

A uczucia podczas wyborów pojawiają się różne. Jedni pragną zmian, inni pragną, żeby zmian nie było. Podczas rodzinnych obiadów pojawiają się burzliwe dyskusje. Ospały przez trzy lata portal społecznościowy ożywa, pojawiają się nowe, coraz bardziej „gorące” komentarze na stronie internetowej „Stacji Tłuszcz”. Znajomi o różnych poglądach na lokalną politykę wolą unikać drażliwych tematów. Wiszące na posesjach banery i plakaty niemalże piętnują właścicieli…

Na szczęście od 16 listopada emocje będą stopniowo stygły, aż do całkowitego uspokojenia. A później może będziemy mierzyć sukces nie liczbą wrogów, a przyjaciół.

Maciej Puławski

Reklama

Dodaj komentarz