ST 9 (89)/2014 O kształceniu zawodowym słów kilka… GORZEJ NIŻ ZA BIERUTA

Dodane w:: Edukacja,Numer 9 (89) wrzesień 2014,Wieści z gminy |

Wykonuję zawód rzemieślniczy i od 30 lat przyjmuję na zajęcia praktyczne uczniów ze szkół zawodowych. Choć system nauki przez te wszystkie lata uważałem (najdelikatniej mówiąc) za nietrafiony, to w obecnym roku szkolnym w kontekście trzecioklasistów, przeszło to wszelkie normy…

                Podpisując umowę ze szkołą dotyczącą praktycznej nauki zawodu danego ucznia, biorę na swoje barki odpowiedzialność za jego przygotowanie do sumiennej pracy przy naprawach pojazdów, tak aby ich użytkownicy mogli bezpiecznie podróżować. Przez pierwsze dwa lata w tym układzie nauki, jest to zadanie wręcz niewykonalne. Dwa dni praktyki w tygodniu, wyznaczone na przemian z nauką w szkole, nie zapewnią żądanego efektu, ani u mnie, ani w placówce. Taki rozkład zajęć jest nieporozumieniem i niestety, nie mam na to wpływu… Najzdolniejsi nadrabiali zaległości z praktyki dopiero w trzeciej klasie, gdy mogli wejść w rytm pracy, będąc w warsztacie cztery dni po kolei. Piąty dzień tygodnia zarezerwowany był dla szkoły, najczęściej na dwie lekcje – godzinę wychowawczą i religię. Poprzednie zdanie celowo napisałem w czasie przeszłym, ponieważ tak było do czerwca. Od września tego roku trzecioklasiści mają tak, jak w pierwszej i drugiej klasie jedynie dwa dni praktyki tygodniowo! Zadziałał system zwany podstawą programową dla zasadniczych szkół zawodowych.

Nie będę zanudzał Czytelników treścią owych „wypocin” nadmienię tylko, że wstęp skojarzył mi się od razu z preambułą do polskiej Konstytucji, albo uczelni teologicznej. Taki typowy przerost formy nad treścią. Skoncentruję się zatem na kilku punktach opracowania, które według mnie tworzą cały ten bałagan i skutecznie przeszkadzają w wypuszczeniu na rynek pracy pełnowartościowego (w moim przypadku) mechanika.

Przed dziesięcioma laty (DZ. U. Nr 43 poz. 393) zobowiązano dyrektorów szkół do ustalania podziału nauki na zajęcia teoretyczne i praktykę. Więc mamy odpowiedź dlaczego w poniedziałek szkoła, we wtorek praktyka, w środę szkoła…  Od 1 września 2008 r. rozporządzeniem ministra edukacji (pozostawiając dyspozycję podziału godzin dyrektorom szkół) wniesiono, że zajęcia praktyczne nie mogą stanowić mniej, niż 60% całości kształcenia uczniów w zasadniczych szkołach zawodowych. Więc nie mogło być mniej, ale mogło być więcej zajęć praktycznych, jednak pozostało to na starych zasadach… Wreszcie od 1 września 2012 r. wprowadzono wspomniany wcześniej system, który „zbiera żniwo” dzisiaj.

Konia z rzędem, kto do końca połapie się w tym temacie. W powyższym rozporządzeniu pozostawiono wszystko, jak wcześniej, natomiast wprowadzono limit praktycznej nauki – maksimum 970 godzin w rozłożeniu na trzyletni okres edukacji. Z prostych wyliczeń wynika, że uczeń powinien być na praktyce tylko czterokrotnie w miesiącu, a jest (dzięki Bogu) ośmiokrotnie. Nic mi tu nie pasuje! Kierując się logiką, przy zachowaniu proporcji 60% do 40 % – czym mniej praktyki, tym mniej teorii i chyba na odwrót (już się pogubiłem). Jedno jest pewne, sumując te wszystkie głupoty – bo jak można inaczej określić naukę, gdzie poniedziałek i piątek praktyka, a pozostałe dni teoria (średnio cztery lekcje dziennie) – to przysłowiowy gwóźdź do trumny szkolnictwa zawodowego!

Funkcjonują w Europie sprawdzone systemy szkolnictwa ponadpodstawowego, dlaczego nie czerpać z tychże wzorców? Po co odkrywać na nowo Amerykę? Jestem w stanie pojąć realia powojenne. Gdzie od Bieruta, przez naukę „dla Polski Ludowej”, hasła – nie nauka lecz chęć szczera… i okres „wicie rozumicie”, wszystko co kojarzyło się towarzyszom z innym systemem, niż komunizm, było złe… Tamten system polityczny skończył się 25 lat temu, ale system nauczania pozostał! Ciekawe? Mimo wszystko w tamtych czasach szkoły opuszczali ludzie dużo lepiej wyedukowani. To nie oznacza, że tęsknię za Gomułką czy Gierkiem, ja tylko stwierdzam fakt.

Wracając do doświadczeń innych krajów w szkolnictwie zawodowym, polecam lekturę o systemie niemieckim tzw. trybie dualnym, który sprawdza się doskonale już ponad 30 lat. Moim faworytem jest jednak system skandynawski. Mieszkałem jakiś czas w Danii, więc mogłem się temu przyjrzeć z bliska. Tam kierunkowanie zawodowe zaczyna się już w szkole podstawowej. Obowiązkiem nauczyciela jest wychwycenie predyspozycji dzieci i doskonalenie ich zainteresowań w bogato wyposażonych pracowniach. Choć ćwierć wieku temu poziom nauczania w Danii był zdecydowanie niższy, niż w Polsce, ale różnorodność zajęć powodowała znacznie lepszy rozwój, przede wszystkim techniczny, tamtejszych dzieci.

Jeśli chodzi o szkolnictwo zawodowe, to wydaje mi się, że jest to najwyższa światowa półka. Nauka w takiej szkole trwa trzy i pół roku. Proporcje teoria-praktyka zbliżone są do naszych. Zasadniczą różnicą są cykle np. nauka teoretyczna w szkole – pięć miesięcy, poczym osiem miesięcy praktyka. W sumie uczeń spędza w szkole około półtora roku i około dwóch lat na zajęciach praktycznych. W takim systemie można bez problemu opanować jedną i drugą część edukacji, bo dzieciak jest w tzw. ciągu (bez skojarzeń). A u nas poniedziałek szkoła, wtorek praktyka…

Nie mamy szczęścia do kolejnych ministrów od edukacji. Ignorant zastępuje dyletanta i na odwrót, a w efekcie mamy to co mamy, jak dla przykładu kreator mody (szkolnej) „wielki Romani”. Ale cóż to byłby za minister, który nie wydaliby z siebie paru wspaniałych (w jego mniemaniu) rozporządzeń. To nie przystoi panu ministrowi, przecież trzeba się wykazać…! Szkoda tylko, że odbywa się to kosztem uczniów, a często i portfeli rodziców.

Przez te trzydzieści lat, odkąd zaczął naukę mój pierwszy uczeń odnoszę wrażenie, że nikomu nie zależy, aby ten stan rzeczy zmienić. Przy jakiejkolwiek rozmowie na ten temat słyszę: – Mamy związane ręce, to nie my wymyślamy takie programy, to wina ministerstwa… Ja stawiam przewrotną tezę. Jest to wyłącznie nasza wina – tak szkół, jak i (w mniejszej części) pracodawców szklących uczniów. No bo skąd taki minister/ra (niepotrzebne skreślić) może wiedzieć coś na ten temat, skoro nie był jeszcze ministrem od szkół! Teraz poważnie. Jeśli z dołu i to lawinowo nie będą dochodzić sygnały, że źle się dzieje, to zatrudniani w ministerstwie według klucza partyjnego (i nie tylko) urzędnicy będą utwierdzać się w przekonaniu, że robią dobrą robotę. Mam nadzieję, że mój głos (na razie na forum lokalnym) znajdzie zrozumienie. Liczę na włączenie się do publicznej dyskusji wszystkich zainteresowanych stron.

  • Waldemar Sikora

Dużo

Reklama

Dodaj komentarz