ST 2 (82)/2014 Półmaraton z Cekolem w plecaku

Dodane w:: Numer 2 (82) luty2014,Sport |

Gdy służyłem w wojsku (jakieś 20 lat temu) to bardzo lubiłem ciężkie, ekstremalne ćwiczenia i bieganie po lesie z pełnym oprzyrządowaniem. Zawsze bardzo dobrze to wspominam. Chcąc przypomnieć sobie te dobre czasy postanowiłem pobiec w Półmaratonie Komandosa.

Jeszcze w tamtym roku, w listopadzie zapytałem Rysia Mazurka, który razem z Marcinem Dymińskim brał już udział w tym biegu, czy trudno się tam zapisać? Wiadomo, że Ryśka na półmaraton nie trzeba długo namawiać i zapisał się jeszcze przede mną. Dobrze, że się wcześnie zapisaliśmy i opłaciliśmy, bo lista „twardzieli” szybko się zapełniała i po dwóch tygodniach limit 200 osób był już przekroczony.

Gdy do biegu zostało kilka dni, to ja dopiero sobie uświadomiłem, że prawie wcale nie trenowałem biegania z obciążeniem, a w butach wojskowych chodziłem dwa razy. Raz do garażu, a drugi raz… z powrotem!

Kiedy nadszedł „D-Day” wskoczyłem w mundur, do plecaka wrzuciłem nowiutki, dziesięciokilogramowy worek gipsu Cekol C-45 i w drogę!

Dojechaliśmy z Rysiem na miejsce o dziewiątej. Do startu dwie godziny. Zgodnie z regulaminem poszliśmy zważyć i oddać do depozytu plecaki, które odbierało się tuż przed startem.

https://lh4.googleusercontent.com/-w-swHzOs51s/UvfifWZllII/AAAAAAAABFA/V2ApS64mp84/w865-h574-no/1891173_722251257787739_1619707843_n.jpg

źródło: http://bobr-tluszcz.manifo.com/

Wojsko na start!

Po zważeniu okazało się, że możemy swoje plecaki uszczuplić, ponieważ ważą więcej. Ja zapomniałem, że mój plecak, nawet pusty waży 3 kg i razem z gipsem wyszło 13 kg. Rysiek „wyregulował” swój plecak na 10,5 kg, a mój po wysypaniu do kosza części Cekolu ważył 11 kg. Plecak plus mundur, plus 3 kg, których nie mogę zrzucić od świąt daje niezły ciężar… a buty bez amortyzacji! Z założeniem butów zwlekaliśmy ile się tylko dało. Rysio mówił, że stopy go bolą od samego patrzenia na te buty.

Wreszcie start i poszło wojsko! Najpierw runda honorowa wokół stadionu, potem ostro w prawo i w las. Ścieżka wąska, ale i tak nie miałem ochoty nikogo wyprzedzać. Trasa ogólnie bardzo fajna. Po drodze dwie górki, jedna fajniejsza od drugiej, kilka zwalonych drzew, żeby było przez co sobie przeskoczyć, trochę brei śniegowej, błota i kałuże których nie dało się ominąć. Po drugim okrążeniu czułem się jakbym przebiegł maraton. Pomyślałem, że to nie możliwe abym pokonał kolejne dwa.

Ale przebiegając przed trybuną, gdzie siedzieli i oglądali nas oficerowie moje morale się tak podnosiło, że starczało mi na… jakieś 3 km. Pozostałe dwa były ciężkie.

Ogień w butach

Ostatnie okrążenie, głowa lepiej pracuje bo niedługo meta, ale nogi odmawiają posłuszeństwa. Plecak i buty stają się coraz bardziej ciężkie (gips chyba wchłonął dużo wody). Przed jedną kałużą pomyślałem, jak fajnie byłoby zdjąć buty, zanurzyć stopy i ugasić ten ogień.

Dziwne, ale gdy wpadłem na metę nawet nie byłem bardzo zmęczony. Bolały mnie tylko trochę uda i z butów leciał dym, jeszcze kilometr i nastąpił by chyba samozapłon.

Rysiek powiedział po biegu, że „zaliczył glebę”. Podobno buty miał wyżej od głowy, ale niestety tego nie widziałem.

Na koniec zaznaczam, że te wszystkie opisane niedogodności, to nie jest narzekanie. Spodziewałem się, że będzie ciężko, na to liczyłem i się nie rozczarowałem. Dostałem w kość jak za dawnych, dobrych czasów.

Darek G.

Reklama

Dodaj komentarz