ST 9 (89)/2014 Zapiski z rowerowej wyprawy do Rzymu – SPEŁNIONE MARZENIE

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Czasem jest tak, że czegoś bardzo chcemy, ale tego nie robimy. Odkładamy na później, mówimy, że zrobimy to w kolejnym etapie życia. O tym, że nie warto czekać na realizację marzeń, opowie w swojej niezwykłej historii z podróży mieszkaniec Tłuszcza Ryszard Mazurek, który 1 sierpnia wyruszył wspólnie z Marcinem Dymińskim na rowerową wyprawę do Rzymu.

 

Pomysł wyjazdu zatlił się już kilka lat wcześniej, ale jak to w życiu bywa – zawsze „coś”. W końcu zapadła konkretna decyzja, ruszam na 40 urodziny. Mojemu przyjacielowi i wieloletniemu kompanowi od rowerowych podróży Marcinowi też udaje się wyżebrać urlop. Jedziemy razem. Przygotowania kondycyjne i logistyczne ruszyły pełną parą. W końcu nadszedł wyczekiwany dzień wyjazdu.

„Tu wszystko się zaczęło”

Do Krakowa docieramy pociągiem. Nocujemy u podnóża tynieckiego opactwa. Skoro świt ruszamy w kierunku Wadowic, po drodze zajeżdżając do Zebrzydowic i Kalwarii Zebrzydowskiej, miejsc bardzo bliskich naszemu Papieżowi. Po wyjściu z klasztoru dostajemy wiadomość o śmierci naszego przyjaciela Stanisława Stolarczyka… Mieliśmy chwilę wątpliwości co dalej… Ale Staszek był jedną z tych osób, które z całego serca kibicowały nam przy przygotowaniach do tego wyjazdu. Zabieramy Go z sobą w naszą podróż. W Wadowicach jesteśmy przed południem, robimy pamiątkowe zdjęcie na placu przed kościołem, dostajemy piękne pieczątki w domu rodzinnym Karola Wojtyły. Jak powiedział nasz papież „TU WSZYSTKO SIĘ ZACZĘŁO”. Ruszamy w drogę.

Pierwszy poważny podjazd na Kocierz 750 m n.p.m. zabiera nam sporo oddechu ale za to zjazd jest cudowny, do samego Jeziora Żywieckiego. Kierujemy się na Zwardoń, w którym mamy zaklepany nocleg. Rano przekraczamy granicę ze Słowacją i mkniemy wzdłuż rzeki Kysuca przecinając ją kilka razy wiszącymi mostami. W Żylinie spotykamy rowerowego obieżyświata 73-letniego Leontijsa Romanovskisa – Łotysza, który właśnie wracał z kilkumiesięcznej podróży po Bałkanach. Pokazuje nam swoje albumy z podpisami europejskich polityków, a my mu nasze książeczki kolarskie z pieczątkami ze wszystkich państw, które przejechaliśmy na rowerach. Uśmiecha się na widok pieczątki ze stolicy jego – Rygi.

Dalsza część trasy prowadzi wzdłuż rzeki Wag. Trasa płaska, a po obu stronach górskie stoki. Pod wieczór docieramy do Trenczyna, przepięknego miasta, z górującym nad nim potężnym zamkiem. Na zboczu poniżej stoi kościół farny, do którego można się wdrapać po krytych drewnianych schodach z XV w. Na jednym z placów stoi posąg wodnika wychodzący ze studni w szpiczastym kapeluszu. Tuż za miastem udaje się nam wbić w trasę rowerową, którą docieramy do stóp Bećkovskiego zamku. Znajdujemy wyśmienite miejsce na biwak z widokiem na pięknie podświetlony po zmroku zabytek. Wstajemy bardzo wcześnie, bo w planach mamy dojazd do Bratysławy. Po drodze zajeżdżamy do Piesztan, uzdrowiskowej miejscowości z pijalnią wód i termami. Marcin jako smakosz wszelakich wód i napitków nie odpuścił miejscowej pijalni. Na pytanie czy dobra, skrzywił się i dyplomatycznie odpowiedział… „ma swój wyraz”. Nie ujmując nic wartościom owej wody mnie nie zachęcił.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

U podnóża Alp

Wjeżdżając do Bratysławy wracają obrazy mojej rowerowej podroży do tego miasta sprzed 10 lat. Miasto ma swój urok, tętni życiem. Zwiedzamy główne atrakcje tj. Katedrę św. Marcina, Ratusz, bratysławski zamek, błękitny kościółek. Na jednym z placów miłe zaskoczenie. Plenerowa wystawa upamiętniająca wybuch Powstania Warszawskiego. Bardzo miłe uczucie, tym bardziej, że przed wyjazdem naszego pociągu z Warszawy byliśmy na uroczystościach rozpoczynających obchody 70. rocznicy. W doskonałym nastroju opuszczamy stolicę Słowacji, a że do następnego państwa na naszej trasie dosłowny „rzut beretem”, nocujemy już w Austrii.

Po spokojnej nocy ruszamy wzdłuż Jeziora Nezyderskiego , jedynego jeziora stepowego w Europie, raju dla ornitologów (ok. 300 gatunków ptaków) i ludzi kochających ciszę .Nieopodal jego zachodnich brzegów leży Eisenstadt, znane z tego, że żył w nim wielki kompozytor i muzyk Józef Haydn.

Nasza trasa zaczyna robić się coraz bardziej garbata – znakiem tego, że wjeżdżamy w Alpy. Dzisiejszy nocleg wypadł w starym kamieniołomie. Kończymy jazdę trochę wcześniej, musimy zrobić małą naprawę, pękł mi bagażnik. Chwilowo udaje się go naprawić. Zwiedzając Graz zachwyciła nas połączona ze smakiem historia i nowoczesność. Stare domy z czerwoną dachówką stoją obok nowoczesnej szklanej bryły przypominającej ramię ośmiornicy z mackami. W górze zamkowej, z której roztacza się niesamowity widok na miasto, jest najdłuższa kolejka w Europie położona w grocie. Małą ciekawostką jest witraż w kościele farnym, gdzie przy scenie biczowania Pana Jezusa przedstawione są postacie Hitlera i Mussoliniego. Po tak szalenie wyczerpującym dniu pedałowania i zwiedzania padamy ze zmęczenia.

Mordercze podjazdy i zjazdy

Nowy dzień, nowa energia, nowe wyzwania… Od rana walczymy z podjazdem na przełęcz Pack 1169 m n.p.m. Ciężko, ale nie zamieniłbym tej trasy na żadną inną. Po paru godzinach wspinaczki dojeżdżamy. Chwila oddechu i zjazd. Ale jakie prędkości! 50-70 km/h bez ostrych zakrętów. Płyniemy! Tuż za Klagenfurtem wypatruję przepiękną polankę z widokiem na góry i jezioro. O ile ja mam szczęście i nosa do takich miejsc, to Marcin jest mistrzem świata w wynajdowaniu wszelkiego rodzaju ujęć wody, od tych ogólnodostępnych miejskich, po górskie strumyki. A jak bardzo ważna to rzecz przy biwakowania na dziko tłumaczyć nie trzeba. Namiot rozłożony, góry oświetlone ostatnimi promieniami dnia, prysznic bimba na gałęzi nawet komar gryzący w obolałe pośladki nie przeszkadza. Cudnie jest! Wiedzieliśmy od paru dni, że te wszystkie podjazdy to tylko rozgrzewka przed kolejnym etapem. Przełęcz Wurzenpass 1073 m n.p.m., 18% nachylenia na długości kilku kilometrów! Ruszamy… Brakuje oddechu i przełożeń, aby pokonać te stromizny, pot… nie pot tyko hektolitry potu. Jak stajemy na wodopój, to z butów woda cieknie. Rower trzymamy na hamulcu, bo nas stacza do tyłu. Jak czasami widzę wzrok ludzi wtaczających się swoimi samochodami, nie wiem czy to politowanie czy zachwyt. W każdym bądź razie nie spodziewali się obładowanych rowerzystów, tam gdzie samochód piłuje na jedynce przez kilka kilometrów. W końcu wjechaliśmy. Czy się cieszyliśmy? Chyba tak… Na pewno pamiętam nasze oddechy niemogące się uspokoić.

Kawałek zjazdu i przekraczamy Słowenię. W Kranjskiej Gorze jemy posiłek, łapiemy trochę oddechu i w drogę. Przed nami najwyższa z przełęczy na naszej trasie – Vrsić 1611m n.p.m. Brakuje słów i talentu aby opisać to co widzimy i czujemy… Lasy, góry, szczyty, skały, przestrzeń, krzycząca cisza, majestat, błogostan, Bóg istnieje! Po kilku godzinach wjeżdżamy. I znów ten bezobjawowy rodzaj wielkiej radości z opóźnionym zapłonem. Długo leżymy na trawce w towarzystwie dwutysięczników. Zjazd sprawia wiele kłopotów. Bardzo stromo, zakręty jak agrafki, a za barierkami przepaść. Obręcze od hamowania przegrzewały się i musieliśmy je chłodzić wodą z bidonów. Minęło te kilka kilometrów męki. Nocujemy nad rzeką Soca, nieopodal wodospadu Boka. Od ranka cały czas z górki i tak prawie do samego Morza Adriatyckiego. Trochę myląc trasę udaje się nam jednak wjechać do Włoch. Spotykamy Oliviera – Francuza, który jest czwarty tydzień w samotnej podróży po Europie. Wypatrujemy starą winnicę, przy której rozbijamy nasze namioty. Z naszym nowym znajomym pokonujemy trasę do Wenecji – nudną, płaską i ruchliwą drogę. Jedynym plusem jest to, że Marcin zapuszcza muzyczkę i próbuje tłumaczyć Olivierowi piosenki Wojciecha Młynarskiego .Ubaw pierwsza liga.

Wenecja, martello i ałłłła!

SONY DSCWenecja wita nas korkami i zaporowymi cenami. Parking dla rowerów 10 euro + tramwaj wodny od 15 euro w zależności od trasy. Olivier określił to słowem „robbers”:). W mieście jest zakaz jazdy rowerów ale nie ma zakazu ich prowadzenia. Decydujemy się na taką wersje. Kluczymy po wąskich uliczkach, przenosimy nasze rowery po licznych mostkach i schodkach. Do najprzyjemniejszych taki sposób zwiedzania nie należy, ale… daliśmy radę. Obok głównych atrakcji takich jak Pałac Dożów ,Plac św. Marka, most westchnień udało się natrafić na teren byłego getta (pierwsze w Europie XVI w.), gdzie na przestrzeni kilku uliczek stłoczono ponad 4000 Żydów. Za Wenecją rozstajemy się z przesympatycznym i towarzyskim Francuzem. Mój bagażnik woła o konkretną pomoc. Wypatruję jakiegoś warsztatu. Trafia się mała stacyjka z jeszcze mniejszym warsztacikiem. Naprędce opanowuję włoskie słowa wiertarka (wł. trapano ), młotek (wł. martello). Swoją drogą to w tym włoskim dźwięcznym języku nawet słowo młotek jakoś tak milej dla ucha brzmi: martello, martello… dito ałłłła! Nie dajcie się zwieść dźwięczności, jak się trafi w palec boli tak samo – uwierzcie! .Właściciel za darmo pozwolił mi to sobie naprawić. Kilka minut i bagażnik jak nowy, za to palec trochę się „popsuł”. Zwiedzamy Rawennę i jej przepiękne ceglane kościoły z jeszcze bardziej olśniewającymi mozaikami. Udajemy się też do grobowca autora „Boskiej Komedii” – Dantego.

W Wiecznym Mieście

Od Rawenny jedziemy prawie po plażach Adriatyku. Korzystamy z dobrodziejstwa kąpieli, ale woda nie jest dużo chłodniejsza od powietrza, którego temperatura od tygodnia nie schodzi poniżej 35 st. C. Nawigacyjnie kompletna klapa, kilka razy mylimy trasę, błędnie kierują nas znaki i ludzie, a może to my nieprecyzyjnie pytamy? Bądź co bądź ponad 10 km nadrabiamy. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Wjeżdżamy na mostek, a tam napis – rzeka Rubikon. No i „kości zostały rzucone” jak powiedział Juliusz Cezar… Udaje się nam w końcu dotrzeć do San Marino. Od rana zdobywamy Apeniny, a konkretnie przełęcz Viamaggio 986 m n.p.m. Nie jest super stroma, ale wściekle długa. O zjeździe nie piszę bo to 20 kilometrowa bajka. W jednym z miasteczek w punkcie informacji turystycznej drukujemy nasze bilety na samolot powrotny do domu. Nocujemy w starym gaju oliwnym, kilka kilometrów przed Asyżem. Miasto opiera się swoimi podjazdami, ale dajemy radę. Położone na zboczu wzgórza już z daleka robi wrażenie, ale na miejscu powala na kolana. Szczególnie bazylika z jej klimatycznym nastrojem i oświetleniem. Aż żal opuszczać to miejsce. Do samego Rzymu jedziemy wzdłuż starej rzymskiej drogi via Flaminia, przejeżdżając przez piękne miasteczka: Spello, Trevi a przed Terni pokonujemy najdłuższy tunel na naszej trasie liczący ponad 4 km. Do Rzymu przyjeżdżamy dzień wcześniej niż planowaliśmy, tak że na zwiedzanie pozostaje nam tylko i aż 3 dni. Rozbijamy się na kempingu Flaminio. Czterogwiazdkowy wypas. Po terenie rozwozi nas elektryczny samochód, pralnia, basen. Po tych dwóch tygodniach nocowania na „dzikusa” bardzo mila odmiana.

SONY DSC

Następnego dnia bez bagażu wybieramy się na zwiedzanie wiecznego miasta a dokładnie najważniejszego punktu naszej wyprawy Bazyliki św. Piotra i grobu świętego Jana Pawła II. Marzenia się spełniają!

Odkurzcie swoje dziewczęce i chłopięce marzenia o odkrywaniu świata. Znajdźcie radość w śpiewie skowronka na polnej drodze, jak i orła na górskim szlaku. Tak więc na rowery i… w drogę!

 

Z rowerowym pozdrowieniem

Ryszard Mazurek

 

wyjazd 1 sierpnia 2014 r.
powrót 17 sierpnia 2014 r. (samolotem)
dystans przebyty rowerem: 1820 km

Reklama

Dodaj komentarz