Redaktor w podróży
Brak komentarzy Worek rzeczy do wdrożenia czyli Polska a USA
Po moim powrocie kilka osób pytało mnie – czy daleko nam do Stanów?
Ja również ostatnio sporo się nad tym zastanawiałem… Do podzielenia się moimi spostrzeżeniami przyczynił się fakt, że ostatnio w jednej z fastfoodowych restauracji z tajskim jedzeniem, nie mogąc się zdecydować co wybrać, dostaliśmy na wykałaczkach i tackach do spróbowania różne potrawy. Tymczasem na lotnisku w Salt Lake City spotkałem się z czymś identycznym: klient nie wie, to niech spróbuje. Pomyślałem sobie wtedy: no tak, jeśli chodzi o obsługę klienta, to my, Polacy, daleko w tyle jesteśmy.
Okazuje się jednak, że nie, że takie same standardy są już i u nas. Przynajmniej w fastfoodach :)
Generalnie – w tych dziedzinach, które miałem okazję zgłębić – nie dzielą nas żadne lata świetlne.
Amerykanie wiele razy podkreślali, że dostrzegają, jak Polska i Europa Środkowo-Wschodnia się zmieniają. Mieli też świadomość tego, jak wygląda od podszewki wprowadzanie tych zmian, z jakim wysiłkiem się to wiąże, i że muszą być osoby, które są liderami tych zmian. Nie można zapominać, że przecież do lat 60. ubiegłego wieku, w USA obowiązywała segregacja rasowa. Lata 60. – przecież to wcale nie tak dawno temu. Podejrzewam, że segregacja zostawiło na Amerykanach podobne piętno, co poprzedni ustrój na Polakach. Nie na każdym i nie w równym stopniu, ale zawsze.
Faktem jest, że mimo dokładania wszelkich starań przez Amerykanów, ciężko mówić o faktycznym równym starcie dla wszystkich bez względu na kolor skóry. Oczywiście przełożenie nie jest bezpośrednie, ale można mówić w wysokiej korelacji. Wiadomo – osoby ze mniej zamożnych terenów mają trudniejszy start, spirala się nakręca… W Stanach dodatkowo występuje korelacja obszarów biedy z charakterystyką etniczną, co dość mocno rzuca się w oczy.
Co by jednak nie mówić – zmiana wprowadzona w latach 60. była przełomowa. Podobnie jak i u nas.
Wracając do meritum – czyli czego nam brakuje…
Właściwie, to jesteśmy na bardzo dobrej drodze. Zastanawiam się tylko, czy reszta „sama przyjdzie” czy też trzeba włożyć w zmianę wysiłek. I skłaniam się jednak do tego drugiego. Wszak to co mamy dzisiaj, też samo nie przyszło. Za każdym działaniem, wynalazkiem, rozwiązaniem stoi jego autor, autorka lub autorzy…
W czym widać największe różnice?
Na pewno w podejściu do biznesu.
Przedsiębiorcy w Stanach to licząca się grupa. Żadni tam „prywaciarze” czy „wyzyskiwacze”. To poważni partnerzy do rozmów z władzą i lokalną społecznością. Nie tylko oferują miejsca pracy, dostarczają pieniędzy do budżetu w podatkach, ale – i chyba przede wszystkim – rozwijają swoje otoczenie. Przecież w takim Jackson to przedsiębiorcy prowadzą restauracje nadające wyjątkowy klimat temu miejscu. To oni prowadzą hotele, firmy oferujące wycieczki, wypożyczalnie samochodów. Jak często zdarzało się nam narzekać, że w Tłuszczu przydałby się (tu wstawić wg potrzeb: duży sklep spożywczy, pub, klub muzyczny, psi fryzjer, weterynarz, sklep ze skuterami, itp.). Wiele z tych miejsc już jest na naszej mapie. I warto wiedzieć, że nie wynikało to z działań władz, ale właśnie z chęci prowadzenia tu takiego, a nie innego biznesu.
W USA przedsiębiorcy są traktowani o wiele poważniej niż w Polsce. Traktuje się ich z szacunkiem i stara się zachęcić, żeby właśnie w danym miasteczku zlokalizowali swoje przedsięwzięcia.Wiadomo – są biznesy, których nie chcemy mieć pod swoim oknem (np. przetwarzanie odpadów). Warto zatem zadbać, aby plan zagospodarowania wskazywał takie lokalizacje, by pogodzić interesy biznesu i lokalnej społeczności – wilk syty i owca cała :)
GDZIE MIESZKAM, TAM KUPUJĘ
Warto dodać, że różne jest też podejście biznesu do… biznesu. Pamiętam z własnych doświadczeń, że w małych środowiskach trudno jest tworzyć struktury zrzeszające przedsiębiorców. Firmy są niewielkie, branże zbliżone – po prostu grupa konkurujących ze sobą osób.
Jak znaleźć coś co by ich mogło połączyć?
Bo przecież wszyscy mają wspólny cel – żeby gmina się rozwijała, żeby osiedlali się nowi mieszkańcy, żeby wszystkim żyło się lepiej i żeby mogli wydawać swoje pieniądze właśnie w Tłuszczu. Można tu się zastanawiać, czy nasi strategiczni konkurenci to nie przypadkiem podmioty zlokalizowane na linii kolejowej do Warszawy Wileńskiej? Bo może kwestia konkurencji lokalnej to tylko wierzchołek góry lodowej. Przecież większość „tortu” może odpływać poza gminę, a nie do sklepu kolegi dwie ulice dalej. Może wszyscy mają wspólny, choć nie zawsze widoczny cel: mieszkacie tutaj – to kupujcie tutaj.
LUDZIE SUKCESU LUDŹMI WŁADZY
Jednak by ściągać do miasta nowych mieszkańców, potrzebne jest działanie samorządu. Przedsiębiorcy sami nie będą w stanie zaproponować nowym mieszkańcom atrakcyjnych warunków do osiedlenia się. Owszem – powinni się włączyć w opracowanie strategii (jak wszyscy mieszańcy i organizacje społeczne) ale nie są w stanie przeznaczyć gruntów pod budownictwo mieszkaniowe, uzbroić terenu. Mogą budować sklepy. przedszkola, ośrodki zdrowia – tylko raczej nikt z nich nie zaryzykuje budowy takiej infrastruktury bez gwarancji, że jest szansa na zwrot.
W Stanach ludzie biznesu stawali się ludźmi władzy – burmistrzami, radnymi. Sukces w biznesie tam nie stygmatyzował. Raczej mówił – ten człowiek był w stanie podjąć ryzyko (swoim majątkiem) i prowadzić przedsiębiorstwo. Tworzy miejsca pracy, dba o obsługę klienta, daje sobie radę z konkurencją. Osiągnął coś swoją ciężką pracą i dlatego nadaje się na burmistrza. W ten sposób myślą tam wyborcy. Oczywiście – taki przedsiębiorca zarabia więcej niż przeciętna – ale w Stanach to nie problem. To jeden z „efektów ubocznych” sukcesu. Efekt traktowany normalnie, a nie na zasadzie sensacji.
W Ameryce istnieje w umysłach wyborców pewne przełożenie – widzę jak wygląda jego/jej sklep/pub/restauracja/hotel, podoba mi się sposób, w jaki jego/jej pracownicy obsługują klientów i klientki. Chcę, żeby miasto funkcjonowało w podobny sposób. U nas podejście jest inne, wiąże się to z przeszłością, poprzednim ustrojem, lepszym startem niektórych w efekcie przemian.
Czy u nas w Tłuszczu przedsiębiorca miałby szanse zostać burmistrzem? Dobre pytanie. Mieliśmy burmistrza, który obok swojej pracy zawodowej przed wyborami prowadził działalność, mieliśmy kandydatkę – przedsiębiorczynię – ale nie została wybrana. W każdym razie przedsiębiorcy nie są grupą mocno reprezentowaną na listach wyborczych. Część z nich przyznaje, że konieczność składania oświadczeń majątkowych i blokada zamówień z gminy to dotkliwa sankcja za wybranie.
PRZEJRZYSTOŚĆ PONAD WSZYSTKO
Są też pytania, na które podczas mojego pobytu w USA nie znalazłem odpowiedzi. Jak zapewnić przejrzystość decyzji i kontrolę mieszkańców nad władzą? – to jedno z nich. Generalnie wynikało to z tego, że moje pytania dotyczące kwestii korupcyjnych i konfliktu interesów nie były zrozumiałe dla części moich amerykańskich rozmówców:
- Nie rozumiem, dlaczego mąż mojej córki miałby pracować w urzędzie. Jest świetnym inżynierem, na pewno znajdzie sobie dobrą pracę gdzieś indziej – stwierdził jeden radny.
W miarę jasną odpowiedź usłyszałem też w Corllierville – czy firma ubezpieczeniowa burmistrza może ubezpieczyć urząd, gminę czy gminne spółki – NIE. Czy firma kogoś z rodziny by mogła – TAK, ale to nie burmistrz w takim przypadku decyduje. Zaprezentowana mi procedura polega na ujawnieniu możliwego do zaistnienia konfliktu interesów. Gdy taki się pojawi, wtedy decyzje podejmuje cała rada – a jeśli decyduje rada, to podczas posiedzeń. Te natomiast są jawne i publicznie dostępne.
I myślę, że to właśnie największa różnica między Polską i Stanami. Nie, żeby sesje nie były u nas dostępne, ale chodzi raczej o takie całościowe podejście do sprawy. Bo czasem „działanie w granicach prawa” nie wystarczy. Jest jeszcze coś takiego jak działanie etyczne i nieetyczne. Za działanie nieetyczne nie idzie się do więzienia. Ma ono jednak poważne konsekwencje społeczne – najczęściej gwałtowny spadek zaufania społecznego i nagły wysyp rozczarowania wśród wyborców/mieszkańców.
Szczególnie, gdy taki wyborca naprawdę „połknął haczyk”, a po wyborach dociera do niego, że po prostu… dał się nabić w butelkę.
