19.10.2011 -
Redaktor w podróży
1 komentarz
Redaktor w podróży
1 komentarz I lecimy dalej…
Mój pobyt w Memphis dobiega końca.
Pobudka o 4.30 i trzeba się pakować ponownie. Przygotować bagaż do zdania i bagaż podręczny i nie pomylić się co do ich zawartości (ten pierwszy lubi się czasem zagubić, ten drugi nie może mieć płynów, ostrych przedmiotów itp.).
Walizka domknięta.
Bus na lotnisko wyrusza o 5.30. Wylatuję o 7.25 lotem Delta 2627 do Salt Lake City, Utah.
Następnie kolejny lot Idaho Falls, Idaho. Powinienem wylądować o 12.35.
Tam wsiadam z grupą do busa i jedziemy 90 mil przez malownicze (tak nas przynajmniej zapewniano ;) tereny do Jackson w stanie Wyoming.

Salt Lake City – miasto mormonów. Ciekawie musiałby wyglądać dialog z człowiekiem, który wierzy, że Chrystus był po zmartwychwstaniu w Ameryce. Gdyby ktoś chciał coś takiego przeżyć, nie musi jednak lecieć do Utah. Wystarczy pojechać do Warszawy i dać się wciągnąć do dyskusji dwóm młodym Amerykanom, którzy nienagannie (i jednakowo) ubrani w ciemne spodnie w kant, białą koszulę i krawat oraz czarne pantofle. Takie „dwójki” co roku krążą w wielu miastach Polski.
Cytat: „Wierzymy, że nastąpi dosłowne zgromadzenie Izraela i przywrócenie Dziesięciu Plemion. Wierzymy, że Syjon (Nowa Jerozolima) zostanie zbudowany na kontynencie amerykańskim, że Chrystus będzie osobiście królował na Ziemi, która zostanie odrodzona i otrzyma swą rajską chwałę.”