Redaktor w podróży
3 komentarzy Jak zostałem radnym, czyli dzień drugi
Drugi dzień pobytu w stanie Tennessee upłynął pod znakiem samorządu lokalnego. Mieliśmy okazję spotkać się z osobami zarządzającymi miastem. Ale zacznijmy od początku…
Wczesnym rankiem, jeszcze przed śniadaniem udało nam się wybrać nad rzekę Missisipi. Pierwsze wrażenie – zimno jak diabli. Nie tylko nad rzeką, ale w ogóle. Jeszcze wczoraj temperatura dochodziła do 30 stopni C. Dziś nie przekraczała 12. Do tego wietrznie. Gwałtowna zmiana pogody.
Pierwsza wizyta miała odbyć się w miasteczku Collierville, oddalonym 40 minut drogi (ok. 30 mil) od Memphis. Zawiozła nas niezawodna, obsługująca nasz pobyt w Memphis kierowczyni, której średnia prędkość podróżna busem oscyluje w okolicach 80 mil/h. W rezultacie spokój w takcie podróży zachowują tylko uczestnicy znający możliwości kierowców busów jeżdżących na trasie Lublin – Warszawa.
Inny świat
Już sama droga do Collierville pokazała, że coś się zmienia.
Mianowicie po obu stronach autostrady zobaczyliśmy centra handlowe. Im bliżej Cillierville, tym więcej. Miasto czyste, zadbane. Domy szeregowe i jednorodzinne, niska, przemyślana zabudowa i dużo wypielęgnowanej zieleni. Takie filmowe amerykańskie miasteczko. Populacja wynosi 40 000 mieszkańców, z czego zdecydowaną większość (ok. 90%) stanowią biali.
Zostaliśmy przyjęci w pięknym ratuszu, w przestronnej sali, w której odbywają się posiedzenia rady. Przyjęli nas burmistrz Stan Joyner i menadżer (czy zarządca miasta) James Lewellen.
Już na początku dowiedzieliśmy się, że burmistrz pełni swoją funkcję pracując w urzędzie na pół etatu. Poza tym prowadzi swoją działalność gospodarczą w branży ubezpieczeniowej. Do zarządzania miastem zatrudniony jest menadżer, który czuwa nad sprawnym funkcjonowaniem urzędu.
Rada niczym zarząd
Rada miejska liczy sobie pięciu członków i jest wybierana na czteroletnią kadencję. Tyle samo trwa kadencja burmistrza, który stoi tu na czele rady. Kadencje zazębiają się o dwa lata, czyli co dwa lata mieszkańcy miasta mają wybory lokalne – to do rady, to na urząd burmistrza. Co warte podkreślenia – frekwencja wyborcza wynosi tu 20-30%. Okazuje się jednak, że nie jest to zły wynik, bo w ostatnich wyborach na prezydenta Memphis glosowało 16% uprawnionych…
W ogóle struktura władz samorządowych w tym mieście (nie wiem czy tylko w tym – nikt nie był mi w stanie dotychczas wyjaśnić czym to jest regulowane, na jakim szczeblu, jakim aktem prawnym) znacznie się różni od polskiej. Generalnie rzecz biorąc tutejsza rada przypomina w swoim działaniu zarząd powiatu, który został wyposażony dodatkowo w funkcję stanowienia prawa. Taka zintegrowana rada z burmistrzem, która stanowi i wykonuje prawo.
Kto nadzoruje władzę?
Nie udało mi się uzyskać odpowiedzi na pytanie, kto nadzoruje samą rade – nie istnieje tu bowiem takie ciało jak komisja rewizyjna. Generalnie wychodzi się pewnie z założenia, że skoro wybierają mieszkańcy, to i mieszkańcy pilnują… A wg zapewnień burmistrza mają ku temu szanse, gdyż każde zebranie, na którym spotyka się co najmniej dwóch członków rady, jest spotkaniem otwartym, dostępnym dla wszystkich.
Budżet Collierville liczy sobie około 60 mln USD i w dużej mierze jest zasilany z podatku od wartości nieruchomości (jest to 1,43 USD od 100 USD wartości nieruchomości, weryfikacja wyceny jest wykonywana przez powiat co 4 lata). Sytuacja finansowa miasta jest dobra, jego rating określano jako AAA. Zadłużenie wynosi ok. 10%.
Chciałbym się chwilę zatrzymać przy podatku, który na pierwszy rzut oka wygląda na wysoki. Wartość przeciętnej nieruchomości w miasteczku to 300.000 USD. Podatek od tej wartości wynosi 4.290 USD rocznie. Wg naszych rozmówców to niedużo, gdyż średnie dochody w miasteczku wynoszą 119.000 USD na rodzinę.
Dla porównania średni dochód rodziny w Memphis to 28.000 USD… Tam podatek wynosi 3,38 USD od 100 USD wartości nieruchomości.
Miasto ma w swoim zakresie te funkcje co polskie miasta i do tego jeszcze policję, straż pożarną, a zapewne i inne, ale nie zdążyliśmy porozmawiać o wszystkim.
Bezdietowcy
Jeśli chodzi o włączenie mieszkańców w podejmowanie decyzji ciekawym rozwiązaniem, które można również stosować w Polsce, jest powoływanie komisji tematycznych. Zajmują się one konsultowaniem i konstruowaniem aktów prawnych i dokumentów strategicznych. W ich skład wchodzą mieszkańcy, którzy za swoją pracę nie otrzymują wynagrodzenia.
Moje wątpliwości budzi jednak sposób powoływania członków komisji. Mianowicie: kandydat wysyła swoje zgłoszenie, gdy zaczyna się nowa kadencja komisji (czasem raz w roku, czasem rzadziej – zależy od rodzaju komisji) i rada z burmistrzem decydują o tym, kto będzie w danej komisji pracował. Zastanawiające, na ile taki organ jest reprezentatywny, bo w tym ustroju pełni funkcję podobną do naszych komisji rady gminy.
Ciekawa jest też procedura tworzenia budżetu, która zakłada kilka sesji na których toczy się dyskusja. Pierwsza – przedstawienie budżetu. Druga – wysłuchanie uwag mieszkańców i dyskusja. Trzecia – głosowanie budżetu.
Notatki (pewnie) dostępne
Pytałem oczywiście o przejrzystość. Burmistrz wyjaśnił, że wszystko, co dotyczy spraw publicznych jest jawne, obrady zaś są otwarte (zarówno sesje jak i spotkania komisji doradczych). Powiedział nawet, że wszelkie notatki jakie robi podczas posiedzenia muszą być udostępnione zainteresowanemu, gdy o to się zwróci. Ciekawe jak to funkcjonuje, bo i w Polsce prawo gwarantuje dostęp również do takich dokumentów jak np. kalendarz burmistrza czy notatki sporządzane podczas posiedzeń. Jednak jak to wygląda w praktyce to najlepiej wie ten, kto o takie dokumenty próbował wnioskować… :)
Spotkania komisji i rady są nagrywane i protokołowane.
Buszujący wśród półek
Odwiedziliśmy również miejską bibliotekę. Mieści się w nowym, ładnym budynku. Muszę jednak przyznać, że nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia, jak na innych, bo przecież sam kilka lat temu regularnie uczęszczałem do zdecydowanie większej Clark County Library w Las Vegas.
Co ciekawe, do prowadzenia miejskiej biblioteki jest zatrudniona firma zewnętrzna, która nią zarządza.
Naszą uwagę zwróciło wykorzystywanie nowych mediów przez bibliotekarzy. Redagują kilka kanałów na Facebooku skierowanych do różnych czytelników, publikują tam informacje o wydarzeniach i nowościach. Poza tradycyjnym wypożyczaniem biblioteka prowadzi różne programy skierowane do osób w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach.
Budżet biblioteki wynosi około… 1 mln dolarów rocznie. Ponadto placówka korzysta z pomocy wolontariuszy, którzy rocznie przepracowują nieodpłatnie 7.500 godzin. To trafne rozwiązanie, pozwalające zagospodarować osoby chcące pomóc, mające wiedzę i czas (często są to seniorzy). Jak by nie patrzeć – to prawie dodatkowe cztery etaty.
Obiad z burmistrzem
Ponieważ temat samorządu lokalnego zainteresował bardzo uczestników naszej wymiany, burmistrz i zarządca zgodzili się zjeść z nami obiad i jeszcze porozmawiać o sprawach miasta. To było bardzo miłe spotkanie sprzyjające wymianie informacji.
Dowiedziałem się, że w miasteczku funkcjonują dwa tygodniki – jeden płatny (1 USD), drugi bezpłatny. W tym miejscu muszę się zatrzymać przy sposobie dystrybucji prasy. Odbywa się to za pośrednictwem takich skrzynek stojących na ulicy. Aby wydobyć z takiej skrzynki płatną gazetę trzeba wrzucić monety i otworzyć drzwiczki.
Niesamowite jest to, że nikt nie sprawdza czy bierze się jedną czy wszystkie! Na moje wątpliwości jeśli chodzi o funkcjonalność takiego rozwiązania dostałem odpowiedź – a co by zrobił z nadmiarowymi gazetami, gdyby je wziął? No fakt. Pieców węglowych pewnie nikt tam nie używa. Makulatura to surowiec wtórny, który z biednego nie uczyni bogatego. Od „pasera” pewnie też nikt by tej gazety nie kupił.
Właśnie w takich drobnostkach wychodzi to, że Ameryka to jest jednak inny świat… W wielu aspektach lepszy, w wielu gorszy – ale przede wszystkim inny.
Jak zostałem honorowym radnym
Następnie udaliśmy się na posiedzenie rady miejskiej w Memphis. Tam zostaliśmy przedstawieni zgromadzonym i otrzymaliśmy certyfikaty honorowych radnych miasta Memphis. To był bardzo miły gest. Zastanawiam się czy łatwiej zostać honorowym radnym, czy honorowym obywatelem ;)
Niestety przysłuchiwaliśmy się jedynie tzw. Executive Session, która poprzedzała właściwe posiedzenie rady. To trochę takie posiedzenie robocze, coś a’la posiedzenie komisji. W ekspresowym tempie zwiedziliśmy biuro rady i wyruszyliśmy do Graceland, posiadłości Elvisa Presleya, gdzie mieści się poświęcone mu muzeum.
To, czego na pewno powinniśmy uczyć się od Amerykanów – to umiejętność wyciskania całego soku z posiadanych atrakcji turystycznych. Zwiedzanie Greceland to koszt rzędu 30 dolarów od osoby. Wszystko doskonale zorganizowane, zaplanowane. Przewodniki dźwiękowe, odtwarzające ścieżkę głosową i muzyczną z nagranym przewodnikiem. Miejsce ciekawe i dla mnie osobliwe (nie jestem jakimś szczególnym fanem Presleya, a może jestem w ogóle ignorantem muzycznym – nie wiem;).
Jedno jest pewne – zwiedziłem dziś dom, w którym kicz mieszał się z dziecięcymi marzeniami artysty. Artysty, który swoją drogą, pochowany jest w ogrodzie razem ze swoimi rodzicami. I tak gdy po odwiedzeniu grobu (na tym kończyła się wycieczka) korzystałem z toalety przy dźwiękach muzyki Elvisa płynących z łazienkowych głośników, miałem delikatne poczucie dyskomfortu.
Jednak mimo tego, gdy pomyślę sobie o masie pięknych, zaniedbanych, popadających w ruinę polskich zamkach czy miejscach ciekawych a słabo promowanych – jak np. Wilczy Szaniec to przed oczyma wyobraźni widzę, co wokół naszych zasobów historycznych potrafiliby zbudować Amerykanie… Myślę, że nasz kraj ma ogromny potencjał w tym zakresie do zagospodarowania. Niestety, często zabytki są traktowane jako problem i skarbonka przez władze. Niedoceniany ich pewnie dlatego, że mamy ich dużo… Myślę, że taki pałac w Chrzęsnem, gdyby zlokalizowano go z całą jego historią w USA, byłby naprawdę mocno pielęgnowanym i promowanym zabytkiem :)





Ależ perfekcyjny ten trawniczek :)
http://stacja-tluszcz.pl/blog/wp-content/uploads/2011/10/IMG_2619.jpg
A co na to Rada Etyki Mediów?
Sam jestem ciekaw :) Poczekam na weryfikację.