WYWIAD: I nie znać słowa nienawiść…

Dodane w:: Numer 32 (marzec 2010) |

Pani Zofia Hoff (z różą)

Grupa nauczycieli z Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Tłuszczu (Elżbieta Sadlik, Agnieszka Kadaj, Bogumiła Pergoł, Agnieszka Pietrusiak) podjęła się niełatwego zadania, polegającego na przygotowaniu wystawy poświęconej historii Tłuszcza. W związku z tym uczniowie naszej szkoły przeprowadzają wywiady z najstarszymi mieszkańcami Tłuszcza i z ludźmi, których rodziny mieszkają tu od pokoleń. Uczniowie, z pomocą nauczycieli, starają się odtworzyć drzewa genealogiczne najstarszych rodów tłuszczańskich. Projekt jest realizowany w ścisłej współpracy z Towarzystwem Przyjaciół Ziemi Tłuszczańskiej. Wyniki prac uczniów będą wykorzystane także poza wystawą, do przeprowadzenia lekcji otwartych dla zainteresowanych tematem. W tym i następnych numerach naszej gazety będziemy publikować wyniki pracy gimnazjalistów.

W tym numerze prezentujemy wywiad z panią Zofią Hoff (na zdjęciu – z różą). W momencie przeprowadzenia wywiadu (czyli w 2008 r.) miała 85 lat. Przed wojną (ok. 1937) wstąpiła do żeńskiej drużyny harcerskiej, założonej przez panią Wandę Stankiewicz, mieszkankę pałacyku w Wólce Kozłowskiej.

Na początku wojny groziło jej wysłanie do pracy do Niemiec. Ponieważ nie pracowała (miała dopiero 15 lat), znajdowała się na liście niemieckiego urzędu pracy, tworzonej na podstawie danych znajdujących się w gminie. Jednak drużynowa poleciła ją do pracy u doktora Wejrowskiego, którego pacjentami byli Niemcy i kolejarze. Pod okiem Wejrowskiego pani Hoff wykonywała proste badania, jednak z czasem została wykwalifikowaną pielęgniarką.

W czasie okupacji nasza rozmówczyni uczestniczyła również w organizowanych przez jej zastęp tajnych zbiórkach w Warszawie. Spotkania odbywały się zawsze w opuszczonym domu za szpitalem Przemienienia Pańskiego. Tam harcerki dowiadywały się, jak się zachowywać i co robić w razie niebezpiecznych zajść. Były to tajne spotkania, podczas których musiały nieustannie uważać na Niemców.

Uczniowie: Jakie nastroje panowały po wybuchu wojny? Co o niej myśleli mieszkańcy?

Z. Hoff: Ludzie byli przygnębieni. Pierwszego lub drugiego dnia wojny Niemcy zrobili nalot na Tłuszcz. W tym czasie przebywałam w zakładzie dla ociemniałych w Laskach, gdzie miałyśmy kurs sanitarny. Na wieść o wybuchu wojny zakończono wykłady i dano nam przewodnika, z którym dotarłyśmy do Dworca Wileńskiego. Już wtedy bowiem autobusy nie kursowały, a linie elektryczne były pozrywane. Długo czekałyśmy na pociąg, w końcu podstawiono do Małkini. Po drodze kilka razy stawał, gdy nadlatywały samoloty. Tak dojechałyśmy do Tłuszcza. Tu wszystkie druty pozrywane. Przeszłyśmy przez tory na drugą stronę, tam leżało tyle trupów, że nie było gdzie stąpnąć. Gdy weszłam do domu, szyby były powybijane i nikogo nie było w środku. Byłam w rozterce. Domyśliłam się jednak, że rodzina wyjechała wraz z panną Hanną Chruściel – Składanowską, która przez pewien czas u nas mieszkała.

Czy Pani rodzina bardzo ucierpiała w czasie wojny?

Nie. Oskarżyli nas tylko, że słuchamy „Wolnej Europy”. Wtedy zrobili nam rewizję. Przyszło trzech żandarmów i cywile, ale nic nie znaleźli.

Czy na terenie Tłuszcza miały miejsce jakieś akcje zbrojne?

Przez parę dni w domu państwa Kurzwaldów przebywali partyzanci. Tam był szpitalik polowy, gdzie rannym żołnierzom z AK udzielono pierwszej pomocy (teraz jest tam ośrodek zdrowia). Chodziłyśmy tam do rannych, by ich pielęgnować. Robiłyśmy opatrunki, zmieniałyśmy pościel itp. Któregoś dnia chłopcy musieli uciekać i już nigdy ich nie spotkałyśmy.

P. Elżbieta Sadlik: Słyszałam, że na tym terenie istniało getto żydowskie…

Tak; było ono na ulicy Mickiewicza, Kraszewskiego i częściowo na Kopernika. Żydzi byli ogrodzeni drutami tak, że nie mogli wychodzić. Brali ich jednak do budowy rampy, po drugiej stronie torów. Nie pamiętam kiedy likwidowano to getto. Likwidacja wyglądała tak: najpierw przyjechali żandarmi i obstawili teren, żeby nikt nie uciekł. Kazali im wychodzić, a starszyźnie zaproponowali wykupienie się, jeśli oddadzą wszystkie oszczędności. Po otrzymaniu kosztowności, kazali kilku Żydom wykopać duży dół. Kopali go zaraz na brzegu ulicy Mickiewicza i Kraszewskiego. Tu pochowano starszyznę, którą zamordowali po otrzymaniu okupu. Resztę Żydów wygonili szosą na Wólkę. Zabijali tych, którzy nie mogli iść. Niektórzy Żydzi nie umarli od razu, więc bardzo się męczyli.

Uczniowie: A czy w czasie wojny można było uczęszczać do szkoły? Jakie były metody nauczania?

Pan Biłyk na Borkach prowadził tajne nauczanie w dworku pana Lera. Był to piękny dworek. Bywałam tam, gdyż moja koleżanka z klasy mieszkała u Lerów. Był tam piękny staw, świerki, aleje bzu. Przed wojną organizowano w dworku bale arystokratyczne – lampiony stały pod świerkami, stoliki na świeżym powietrzu. Niestety, to wszystko się spaliło i dziś są tam tylko ruiny. W Chrzęsnym też mogły być tajne szkoły, ale wyłącznie lokalne.

Czy trudno było uzyskać żywność?

Tak, często nie można było jej kupić za pieniądze. Nic nie było w sklepach. Później sytuacja się ustabilizowała; pojawili się rzeźnicy, którzy sprzedawali mięso w budach. Jednak jeśli ktoś miał sól lub cukier, mógł je łatwo wymienić na ziemniaki ze wsi. Czasami u nas nie było chleba. Jednak pani Niegowska, jak tylko upiekli chleb, wychodziła z nim do ludzi. To bardzo dobra i uczciwa kobieta. Nam też pomogła.

P. Elżbieta Sadlik: Czy namawiano Panią do działalności konspiracyjnej z racji Pani zawodu?

Mój szwagier zabrał mnie kiedyś do Międzylesia. Tam pracowałam u doktora Ścibora. Przychodzili do niego AK – owcy, więc pomagaliśmy im. Udzielaliśmy im pomocy doraźnej. Zawsze któryś z nich wieczorem przyszedł, gdyż oni mieli tu swoje kryjówki. Pracowaliśmy sporo, bo wtedy trzeba było pomagać chorym. Pamiętam, że jeździłam kiedyś rowerem do Szewnicy, gdzie cała rodzina chorowała.

A co o tej Wojnie sądzili Tłuszczanie? Czy liczyli na pomoc Anglików, Francuzów?

Tak. W rozmowach mówili, że gdy trzeba było pomóc, Polacy wspierali wszystkich. A gdy przyszło co do czego, nikt nam nie pomógł. To było wielkie rozczarowanie.

W Tłuszczu dużo mówiono o planie powstania (ogólnonarodowe powstanie przeciwko Niemcom, które miało być przeprowadzone dzięki pomocy aliantów; ze względu na wkroczenie Armii Czerwonej na tereny polskie zastąpione planem „Burza” – przyp. red.). Czy coś było planowane w samym mieście?

U nas tylko robiono psikusy Niemcom. Niemcy wozili przecież pociągami różne artykuły, np. zboże ze wschodu. W Tłuszczu istniał oddział zorganizowany, którego członkowie otwierali wagony i wysypywali zawartość. Najwięcej zboża wysypywali, gdy jeździli na Rybienko i Goborów. Gdy ktoś ich zauważył, wyskakiwali z pociągu. Niemcy strzelali do nich, kiedy ich zauważyli. Takie akcje były na porządku dziennym.

Uczniowie: Czy można było chodzić do kościoła, wyznawać religię chrześcijańską?

Chodzenie do kościoła było niebezpieczne. Niemcy mieli pod lupą także księży. Zginęło tutaj wielu wierzących, rozstrzelanych przez Niemców – np. trzech mężczyzn w stodole Kazia.

Uczniowie: Czy były przeprowadzane łapanki?

Tak. Na początku, gdy Niemcy wywozili ludzi, wywożono za nimi do Warszawy chleb czy też węgiel. Niemcy nie tolerowali tego. Szuce krzywdzili ludzi, którzy przywozili te rzeczy, a bagaże zabierali do Tłuszcza, do żandarmerii na Słowackiego, w domu Zaborskich.

Jak Pani zareagowała na wiadomość o końcu wojny?

Wszyscy cieszyliśmy się, wylegliśmy na ulice. Skakaliśmy w górę z radości.

Po roku 1948 ludzie wracający z różnych krańców Polski zatrzymywali się w punktach, gdzie dawano jeść. W czasie wojny uciekali, bo myśleli, że gdzieś indziej jest lepiej. Z Tłuszcza ludzie powychodzili na wieś. My zamieszkaliśmy na Chruścielach. Potem uciekli państwo Składanowscy. Ojciec nie uciekł z nimi, gdyż pracował w pobliskiej hucie. Gdy zaś zniszczyli hutę zamieszkaliśmy na Balcerach. Przychodziliśmy do pani Niegowskiej, gdzie zawsze czekał na nas chleb.

Uczniowie: Czy miała Pani jakieś śmieszne bądź miłe przygody w czasie wojny?

Tak, ale już po okupacji. Gdy nie było co jeść, jeździły pociągi z żywnością. Zawsze zbierało się pełno ludzi. Pewnego dnia poszłyśmy tam z siostrą. Były tam śledzie, oliwa, cukier… Nie pamiętam, co tam jeszcze było. Wzięłyśmy wtedy olej i cukier, a mama przyniosła kartofle ze wsi. Usmażyła placki. Jaka to była frajda! Wszyscy wtedy jedliśmy, a że miałam apetyt, to zjadłam tyle placków, że potem przez rok nie mogłam na nie patrzeć.

Oprócz tego z zachodu wracali repatrianci. A że my mieszkaliśmy blisko torów, to przyszło do nas dziesięć lub więcej osób. Trzeba było ich przenocować i dać im jeść. W naszym ogrodzie były pomidory, z pociągu przyniosłyśmy z siostrą śledzie (które nie były wymoczone do końca) i oliwę. Oprócz tego były kartofle. Pamiętam, jak oni dziękowali nam za ten posiłek, byli nam bardzo wdzięczni. To było takie rozczulające. Czasami takie proste rzeczy, a dają radość.

Uczniowie: Pani poznała swojego męża w czasie wojny czy po jej zakończeniu?

Poznałam go przed wojną. Mój mąż pochodził z Tłuszcza, a ja się tu urodziłam i mieszkałam.

A co Pani, jako doświadczony człowiek, który umie żyć w trudnej rzeczywistości wojennej, doradziłby współczesnej młodzieży?

Sądzę, że najpierw powinniście się wykształcić, żebyście wiedziały, gdzie macie później szukać pracy. Poza tym trzeba być człowiekiem dobrym, uczciwym, wszystkim dobrze życzyć i nie znać słowa nienawiść…

P. Elżbieta Sadlik: No właśnie – czy nienawidziła Pani Niemców?

Do dzisiaj nie wiem. Jest takie przysłowie – „Jak świat światem Polak Niemcowi nie będzie bratem”. Ale młodzież dzisiaj żyje inaczej. Czasy się przecież zmieniły. Nie możecie powtarzać tego, co było kiedyś – to byłoby niemądre.

  • Wywiad przeprowadziły członkinie Klubu Młodego Europejczyka pod przewodnictwem pani Elżbiety Sadlik
  • Edycja: Iwona Przybysz

Reklama

Dodaj komentarz