WALCZĘ, BO MAM DLA KOGO ŻYĆ

Dodane w:: Numer 4 (listopad 2007) |

Pan Andrzej Dobosz, wieloletni pracownik Zakładu Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej, od kilku miesięcy walczy o poprawę warunków bezpieczeństwa w swoim miejscu pracy. W połowie października, zdenerwowany brakiem działania ze strony ówczesnego dyrektora ZGKiM pana Leszka Zaręby, zwrócił się do nas z prośbą o nagłośnienie całej sytuacji. Sytuacji o tyle ciekawej, co mogącej w pewnym stopniu łączyć się z tragicznym wypadkiem, jaki miał miejsce 9 sierpnia 2007 roku na przejeździe w Chrzęsnem.

Pan Andrzej zajmuje się obsługą tłuszczańskiej hydroforni. Pracuje również przy wykonywaniu przyłączy wodociągowych. Bywa, że jeździ pojazdami należącymi do ZGKiM w Tłuszczu. A raczej „bywało”, bo odkąd zaczął domagać się naprawy hamulców w zakładowym Żuku, szybko oddelegowano go do innych prac. Jak się okazało – również mogących stanowić zagrożenie dla zdrowia i życia.

„Złe warunki pracy w KOS – Borki polegają między innymi na braku barierek pomostowych, które zabezpieczają pracownika przed nieszczęśliwym wypadkiem. Ponadto sam pomost znajduje się w bardzo krytycznym stanie technicznym” – czytamy w piśmie złożonym przez pana Dobosza na ręce burmistrza Białka – „Przy wykonywaniu wykopów do przyłączy wodociągowych, na głębokość od 180 do 220 cm, brak jest zabezpieczeń przed osunięciem się ziemi! Stwarza to bardzo duże zagrożenie dla zdrowia i życia osób pracujących w tych warunkach”.

BRAKUJĄCE PUNKTY

Zapytany, od jak dawna domagał się wyjaśnienia złych warunków pracy w oczyszczalni ścieków KOS – Borki oraz złego stanu technicznego pojazdów, którymi musiał w ramach obowiązków jeździć, pan Dobosz udzielił nam informacji, że od kilku miesięcy. Jednakże pierwszy pisemny ślad toczonej z dyrektorem Leszkiem Zarębą „wojny” pochodzi dopiero z 21 sierpnia 2007 roku.

„Wcześniej zgłaszałem wszystkie uwagi ustnie – tłumaczy pan Andrzej – i tu jest mój błąd. Usterki nie zostały usunięte, w związku z czym właśnie 21 sierpnia odbyło się zebranie. Po raz kolejny prosiłem o wyjaśnienie stanu technicznego pojazdów, którymi jeździłem w miesiącu lipcu i sierpniu. Ciągnik i Żuk były niesprawne technicznie, ale byłem zmuszany i zastraszany groźbą utraty premii, a nawet zwolnieniem z pracy, jeśli nie pojadę.”

Na zebraniu, oprócz pana Dobosza i dyrektora Zaręby, obecne były jeszcze 3 osoby. Jednak ta, na której spoczywał obowiązek sporządzenia pisemnej notatki służbowej, najwyraźniej nie wywiązała się z niego odpowiednio – w notatce brak wspomnianych uwag pana Dobosza. Z pietyzmem wyszczególniono natomiast zbędne, zdaniem pana Andrzeja, wydatki poniesione przez ZGKiM na zakup serwera, utrzymanie psa stróżującego i zakup mebli do biura.

„- Jeszcze tego samego dnia zgłosiłem, że nie ujęto dwóch punktów w tej notatce. Moje krytyczne uwagi, co do zbędnych wydatków uznano za nieistotne, bo nie jestem osobą upoważnioną do opiniowania ogólnego funkcjonowania Zakładu. A mi chodziło o to, by te wszystkie wydatki, np. związane z jedzeniem dla psa, przeznaczyć na polepszenie warunków pracy – podczas wykopów, jak i jazdy.”

KOLEJNE SPOTKANIA I… ZERO DZIAŁANIA

Brak odpowiedzi ze strony kadry kierowniczej, zmobilizował pana Dobosza do podjęcia kolejnych kroków – 24 września zorganizował na terenie hydroforni spotkanie z dyrektorem Leszkiem Zarębą i burmistrzem Janem Krzysztofem Białkiem:

„- Przedstawiłem Panu Burmistrzowi notatkę służbową oraz te dwa punkty, które nie są w niej ujęte. Pan Zaręba zobowiązał się do uzupełnienia brakujących punktów oraz podania terminu naprawy pojazdów. Tymczasem minęło kilka dni i nic. 27 września, na kolejnym zebraniu pracowników ZGKiM, znowu zgłosiłem, że w dalszym ciągu Żuk i beczka ciągnikowa do transportu nieczystości są niesprawne, a wykopy wykonywane bez zabezpieczeń. – opowiada pan Dobosz – I znowu żadnej konkretnej odpowiedzi nie otrzymałem. Postanowiłem więc 1 października złożyć do Dyrekcji ZGKiM oficjalne już pismo, w którym poruszyłem wszystkie sygnalizowane wcześniej problemy”.

Niestety, na odpowiedź od dyrektora Leszka Zaręby, pan Dobosz czekał prawie cały miesiąc. W międzyczasie dostał pisemne upomnienie za złe wyniki wody na SUW w Tłuszczu. Korzystając z prawa do sprzeciwu wobec udzielonej mu kary, pan Andrzej odpisał dyrektorowi, że dyspozycje związane z chlorowaniem i sodowaniem wody otrzymuje odgórnie. Poza tym w okresie, gdy pobrano nie spełniające sanepidowskich wymogów próbki wody, był na urlopie. Gdy sytuacja w zakładzie pracy zaczęła przypominać nieprzyjemne przepychanki z dyrektorem, pan Dobosz postanowił raz jeszcze wykorzystać autorytet burmistrza i poprosić o pomoc w wyegzekwowaniu należnych mu, bezpiecznych warunków pracy.

„BURMISTRZ NIE MA WŁADZY”

Postanowiliśmy towarzyszyć panu Andrzejowi podczas jego wizyty w Urzędzie Miejskim. W gabinecie pan Dobosz przedstawił burmistrzowi wszystkie dokumenty uwierzytelniające jego walkę z dyrektorem Zarębą – między innymi pismo, w którym prosił o wyjaśnienie złego stanu technicznego pojazdów używanych w zakładzie. Mimo, że dokument ten złożył 1 października 2007 r. na ręce dyrekcji ZGKiM, to przez ponad 20 dni nie otrzymał odpowiedzi. Burmistrz Jan Krzysztof Białek poinformował pana Dobosza, że zgodnie z prawem, dyrektor ma miesiąc czasu na udzielenie odpowiedzi. Jeżeli tego terminu nie dotrzyma, to wtedy dopiero jest możliwe złożenie skargi do burmistrza. Chwilę później zadzwonił jednak do dyrektora Zaręby i po krótkiej rozmowie udzielił panu Doboszowi informacji, że odpowiedź na pismo dostanie za dwa dni. Burmistrz zapytał też, czego pan Andrzej od niego oczekuje.

„- Żeby poprawiono stan bezpieczeństwa ludzi! – odpowiedział pan Dobosz i przedstawił problem sprzętu używanego w jego zakładzie pracy. Mówił o niesprawnych hamulcach w Żuku, traktorze i przyczepie, braku zabezpieczeń w oczyszczalni ścieków KOS – Borki, niewystarczającym zabezpieczeniu prac w wykopach. W pewnym momencie dyskusja doszła do punktu, w którym pan Dobosz zasugerował możliwość połączenia niesprawności pojazdów ZGKiM ze śmiertelnym wypadkiem na przejeździe w Chrzęsnem. (gdzie 9 sierpnia 2007 roku zginął w czasie pełnienia obowiązków służbowych sąsiad pana Andrzeja, również pracownik ZGKiM – przypis red.).

„- To wyjaśni prokuratura. O ile mi wiadomo, tego dnia, kiedy zdarzył się ten tragiczny wypadek, pan dyrektor był na zwolnieniu.” – przerwał burmistrz.

„- Rozumiem, jakby te hamulce wysiadły danego dnia! Ale tych hamulców nie było od ponad roku na tym ciągniku!” – odpowiedział, coraz bardziej zdenerwowany, pan Andrzej.

Na zarzut burmistrza, że nikt inny nie zgłasza takich jak on problemów, pan Dobosz wyjaśnił, że jest sam, bo pozostali pracownicy obawiają się po prostu zwolnienia z pracy lub nieprzedłużenia umowy. Dyskusja robiła się coraz bardziej nieprzyjemna – pan Dobosz, nie widząc najwyraźniej zrozumienia dla swojej postawy, zarzucił rozmówcy: „- Panie Burmistrzu, widzę, że Zaręba ma większą władzę jak pan! Idzie echo, że pan nie masz władzy nad panem dyrektorem!”

Burmistrz zdecydowanie zaprzeczył tym słowom i zapowiedział, że za kilka dni nowym dyrektorem będzie pan Mariusz Dembiński, zaś do tego czasu nie będą podejmowane żadne zmiany kadrowe. Następnie wyraził nadzieję, że gdy władzę obejmie już nowy dyrektor, wszelkie zgłaszane problemy znajdą swoje rozwiązanie. Pan Andrzej nie dawał jednak za wygraną i domagał się podjęcia jakichś konkretnych działań w możliwie szybkim czasie.

Burmistrz zaproponował następujące rozwiązanie:

„- Pan się na tym zna, więc proszę przelać na papier to wszystko, co wzbudza pana niepokój, co jest zdaniem pana niesprawnego i złożyć do mnie. Ja obiecuję panu, że niezwłocznie zajmę się tą sprawą. Niezwłocznie – to znaczy najszybciej jak to będzie możliwe.”

ZAMIAST EPILOGU

Do dnia dzisiejszego pan Dobosz nie otrzymał odpowiedzi na złożone (24 października b.r.) do burmistrza pismo. Jednakże to nie pisemna odpowiedź w tym momencie liczy się najbardziej. „Niezwłocznie – to znaczy najszybciej jak to będzie możliwe” zapewnienie wypowiedziane przez burmistrza odnosi się najwyraźniej do działania, nie zaś do pisania pism. Jak poinformował nas przed zakończeniem pisania tego artykułu pan Andrzej Dobosz – pojazdy ZGKiM mają już sprawne hamulce. Niebawem będą gotowe nowe szalunki zabezpieczające prace w wykopach oraz zabezpieczenia w oczyszczalni ścieków KOS Borki. Od 1 listopada dyrektorem Zakładu jest pan Mariusz Dembiński, zaś pan Leszek Zaręba – zastępcą dyrektora. Dalej prezentujemy rozmowę, w której ustosunkowuje się do poruszanych wobec jego osoby zarzutów. (ST)

 

LESZEK ZARĘBA, pełniący (do 31 X 2007 r) obowiązki dyrektora ZGKiM w Tłuszczu: Komentując zarzuty pana Dobosza, co do sprawności wykorzystywanych przez ZGKiM pojazdów, to wszystkie mają robione coroczne przeglądy – taki jest wymóg. Wiadomo, że w międzyczasie pojazd może ulec uszkodzeniu, jakaś część zużyciu i te usterki są usuwane na bieżąco. Na temat Żuka pan Dobosz dostał odpowiedź na piśmie. Ten pojazd jest sprawny, działają hamulce i jedne, i drugie.


Aleksandra Puławska: Rozumiem jednak, że naprawiono je dopiero teraz?


Było to wcześniej naprawione i teraz ponownie. Nie znam dokładnej daty. Prawda jest taka, że nie jestem bezpośrednim dysponentem. Wydałem dyspozycję pani Sadowskiej, żeby zajęła się tym i zwróciła na to uwagę. Zostały zakupione nowe części, była wymieniona pompa hamulcowa.

W pisemnej odpowiedzi do pana Dobosza (z dn. 25 X 2007), napisał Pan, że to były „drobne” usterki. Czy usterki związane z układem hamulcowym można uznać za drobne?

To nie była jakaś poważniejsza usterka. Pompa po prostu uległa zużyciu, ale hamulce do końca były. Nie można było w ostatnich dniach wyregulować hamulca ręcznego, ale też zostało to naprawione przez kierowców. Kierowcy mają obowiązek przed wyjazdem sprawdzić stan techniczny pojazdu. Pan Dobosz doskonale wiedział, że hamulce działały – nie zatrzymywał przecież pojazdu w żaden inny sposób, jak tylko przy pomocy hamulców.

Na temat ciągnika nie będę się wypowiadał, bo był badany przez biegłych, jest prowadzone postępowanie przez prokuraturę. Nic więcej na ten temat nie umiem odpowiedzieć. Biegli zbadali szczątki pojazdu, ja nie chcę się w tej sprawie za nich wypowiadać i uważam, że panu Doboszowi również nie przysługuje takie orzekanie, bo nie jest diagnostą, żeby mógł oceniać te uszkodzenia. Pan Dobosz dostał upomnienie, dwa razy zwrócono mu też uwagę odnośnie niewykonywanie swoich obowiązków.

To pozwala przypuszczać, że była to forma odwetu z Pana strony…

Nie. Ja nie jestem do wykonywania pewnych obowiązków za pracowników. Muszę natomiast kontrolować, czy te obowiązki są należycie wykonywane.

Dowiedzieliśmy się, że pan Dobosz dostał upomnienie za zły stan wody. W odwołaniu napisał, że to nie jest zależne od niego, bo to nie on dodaje składniki czyszczące.

Odnośnie upomnienia – z uwagi na to, że on w tym czasie był na urlopie, automatycznie upomnienie stało się nieważne. Ale to, że pan Dobosz się tłumaczy, że nie wie jak dozować składniki, jest trochę nie tak. Ja nie będę dozował tych środków, a tym bardziej nikt z biura czy kierownik działu. Po to są ustalone procedury, pracownicy zaś wiedzą co, ile, i jak.

W ostatnim piśmie do pana Dobosza zarzucił Pan mu pozorność działań i to, że nie są one korzystne dla Zakładu. Ale jednak te samochody zostały naprawione oraz zobowiązał Pan odpowiedniego pracownika do modernizacji sprzętu. To pozwala domniemywać, że zrobił to Pan między innymi na skutek działań pana Dobosza.

Po części tak, ale ja już 13 sierpnia 2007 r. wydałem polecenie pani dyspozytor ds. transportu, żeby zajęła się tą sprawą i dokonała przeglądów i remontów poszczególnych pojazdów.

Moje działanie w tym temacie było wcześniejsze. Nie mówię tutaj, że pan Dobosz w jakiś sposób nas nie zdopingował i nie zmobilizował, ale po prostu ja takie działanie już wcześniej podjąłem. O podjętych w tych kwestiach działaniach nie musiałem powiadamiać pana Dobosza, bo nie było takiej potrzeby.

Podsumowując: obecnie samochody są sprawne, mieszkańcy przechodzący przez pasy i widzący nadjeżdżający samochód Gospodarki Komunalnej nie muszą się niczego obawiać?

Nie, absolutnie niczego nie muszą się obawiać. Przed każdym wyjazdem kierowcy doskonale wiedzą, że muszą sprawdzić, czy mają sprawne oświetlenie i hamulce. Jeżeli coś budzi wątpliwości, kierowcy są zobowiązani zgłosić to do swojego dyspozytora i usuwać wszelkie usterki na bieżąco.

I nie stwarzacie Państwo żadnych problemów, gdy trzeba jakąś część zakupić i wymienić.

Nie, są na to zabezpieczone fundusze.

Jeszcze mam pytanie dotyczące zabezpieczeń przy prowadzonych wykopach – jak to wygląda na chwilę obecną?

Za bezpośrednie wykonanie wykopów i bezpieczeństwo odpowiada pan Dobosz, bo on wykonuje te przyłącza. Są szalunki przygotowane do zabezpieczeń i w każdej chwili, jeżeli wykop jest niebezpieczny, można z nich skorzystać. To prowadzący prace powinien zadecydować, czy należy tych zabezpieczeń użyć. Ja nie jestem tam przez cały czas, często przyjeżdżam i kontroluję prowadzone prace, ale nie znaczy to, że ja mam wykonać tam szalunki zabezpieczające. Elementy do zrobienia szalunków są – nie mamy tych nowoczesnych typu hydraulicznego – ale do robienia szalunków sposobem ręcznym zawsze materiały były przygotowane i zawsze była możliwość, żeby z nich skorzystać. Ostatnio robiliśmy przyłączenie wodociągu w Postoliskach i również pan Dobosz dostał polecenie, żeby zabrać szalunki zabezpieczające.

Rozumiem, że ten sprzęt jest sprawny, nie są to jakieś zbutwiałe dechy…

Nie, to są nawet elementy metalowe. Są też elementy zaadaptowane po modernizacji przyczep.

Gdyby Pan miał wejść do takiego wykopu, to nie wahałby się Pan użyć posiadanych w Zakładzie zabezpieczeń?

Ależ oczywiście!

Skoro wszystko wygląda na sprawne, dlaczego pan Dobosz widzi problemy i „zasypuje” Pana pismami?

Do końca ja też tego nie umiem wytłumaczyć. Każdy ma różne powody. Jest to wieloletni pracownik i to jest tym bardziej zastanawiające. Nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Ja jako pracodawca muszę dbać o interesy firmy i całego Zakładu.

 

W CELU JAK NAJPEŁNIEJSZEGO nakreślenia przed Czytelnikami ST całej sytuacj, postanowiliśmy zdobyć dla Państwa dodatkową wypowiedź w poruszanej sprawie.

 

31 października 2007 r. spotkaliśmy się z zastępcą prokuratora rejonowego, panem Ireneuszem Ważnym, który udzielił nam następujących informacji w sprawie wypadku w Chrzęsnem (w którym zginął pracownik ZGKiM – sąsiad pana Dobosza):


Ireneusz Ważny:„Zeznania naocznego świadka, jakie znajdują się aktach (zaznaczone kursywą): Zobaczyłem jak jadący od Postolisk traktor z przyczepą zatrzymał się przed torowiskiem do Tłuszcza około pół metra. Stał około 2 – 3 sekund i następnie traktor zaczęło szarpać do przodu i ciągnik zaczął powoli wjeżdżać na torowisko przed pociąg pośpieszny. Zobaczyłem jak traktorzysta – mężczyzna – pochylony jest do przodu z prawej strony. Jego zachowanie świadczyło, że wykonuje jakieś ruchy przy dźwigni zmiany biegów. Doszło do uderzenia w kabinę ciągnika przez czoło pociągu, który już wcześniej zaczął awaryjnie hamować. Zrobienie badań tego ciągnika graniczyło z cudem, bo praktycznie nic z niego nie zostało: W trakcie przeprowadzonych oględzin i badań układów mających wpływ na bezpieczeństwo jazdy ciągnika nie stwierdziłem takich uszkodzeń, które nosiłyby cechy przedwypadkowe i które mogły mieć z zaistniałym wypadkiem związek przyczynowy. Totalne uszkodzenie ciągnika stwierdzone podczas oględzin powstało w wyniku zaistniałego wypadku. W czasie wypadku ciągnik był oświetlony z przodu światłem mijania z tyłu pozycyjnym.

Biegły napisał, że ten ciągnik był sprawny. Natomiast jest jeszcze drugi punkt odnośnie przyczepy: Stwierdziłem powstałe w trakcie wypadku uszkodzenia przewodu hamulcowego łączącego instalację przyczepy z ciągnikiem, przewodu instalacji elektrycznej oraz przewodu podnośnika. Ich uszkodzenia powstały w czasie wypadku. Przed eksploatacją niesprawności siłownika hamulcowego lewego tylnego koła przyczepy. Pozostałe części i podzespoły układów mających wpływ na bezpieczeństwo jazdy były sprawne. Reasumując, jeśli coś było niesprawne to zgodnie z tą opinią element siłownika hamulcowego lewego tylnego koła przyczepy. Jednak z zeznań naocznego świadka wynika, że pojazd zatrzymał się przed przejazdem. Sprawa najprawdopodobniej zakończy się umorzeniem.”

Od redakcji: Jak dowiedzieliśmy się 16 listopada 2007 r. – sprawa wypadku na przejeździe w Chrzęsnem nie została jeszcze umorzona i jest w toku.

 

Reklama

Dodaj komentarz